Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Faza IV – Gniew. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Faza IV – Gniew. Pokaż wszystkie posty

5 lutego 2020

Rozdział XXIV


Początkowo nie poczuła bólu. Pociemniało jej przed oczami, kiedy uderzyła tyłem głowy o jeden ze stopni. Zamarła w bezruchu, spazmatycznie chwytając oddech. Obraz zamazał się przed oczami, przez co Angel tym trudniej było stwierdzić, co działo się wokół niej. Przez moment zwątpiła nawet, gdzie jest góra, a gdzie dół.
Krwisty blask wiecznego zmierzchu wydawał się odległy i mniej wyraźny niż do tej pory. Coś poruszyło się poza zasięgiem wzroku Angel – cień, którego nie potrafiła sprecyzować. Napięła mięśnie, instynktownie próbując się poderwać, ale prawie natychmiast przyszło jej pożałować tej decyzji. Aż zachłysnęła się powietrzem, kiedy w końcu poczuła ból – obejmujący całe ciało i tak ostry, że aż zrobiło jej się niedobrze.
– Och, nie jęcz… Powinnaś być przyzwyczajona.
Słowa Negatywu doszły do niej jakby z oddali. Znów wyczuła ruch, a potem w końcu dostrzegła stojącą nad nią, cienista postać. Łuna zachodzącego słońca rozświetliła smukłą postać od tyłu, czyniąc ją jeszcze bardziej eteryczną i niepokojącą zarazem.
Angel skrzywiła się, wciąż mając problem ze złapaniem oddechu. Mimo wszystko podniesienie się po upadku okazało się prostsze niż wtedy, gdy leżała skulona na leśnej ściółce, walcząc ze sobą, własnymi myślami i… czymś, czego wciąż nie potrafiła nazwać. Modląc się w duchu, by nagle nie odkryć, że któraś z jej kończyn wygięła się pod jakimś nienaturalnym kątem, wciąż krzywiąc się przy tym z bólu, z wolna usiadła. Przynajmniej próbowała, bo ostatecznie zdołała jedynie nieznacznie przetoczyć się na bok i podnieść na łokciach, bezskutecznie szukając stabilnego oparcia na stromych, kamiennych stopniach.
Och, no dalej… Przecież i tak jestem martwa.
Nieprzyjemny dreszcz przemknął wzdłuż jej kręgosłupa. Nadgarstki zapiekły, znów dając o sobie znać, zupełnie jakby to, że nazwała rzeczy po imieniu…
W pośpiechu odrzuciła od siebie tę myśl.
– A powiadają, że to ja jestem okrutna.
Głos Bloodwell rozbrzmiał z odległości mniejszej, niż Angel mogłaby przypuszczać. Gdy ułamek sekundy później w zasięgu jej wzroku pojawiły się lśniące, srebrzyste włosy, dziewczyna uświadomiła sobie, że kobieta w którymś momencie zbiegła po schodach, obojętna na to, że Negatyw mogłaby zepchnąć również ją. Tren długiej sukni omiótł schody, ale to nie powstrzymało Bloodwell przed przykucnięciem tuż u boku oszołomionej dziewczyny.
Było coś niemalże opiekuńczego w sposobie, w jaki położyła dłoń na ramieniu Angel.
– Wstawaj – nakazała.
To był rozkaz, ale nie taki, jakiego mogłaby spodziewać się po tej kobiecie. W jej głosie pobrzmiewała ostra, stanowcza nuta, ale też coś, czego Angel – czy to w oszołomieniu, czy znów bólu – nie potrafiła zinterpretować. Jej ciało za to zareagowało instynktownie, momentalnie podporządkowując się poleceniu. Pulsowanie w skroniach zeszło gdzieś na dalszy plan.
Bloodwell nie podała jej ręki, ale wciąż tkwiła tuż obok, jakby gotowa pochwycić Angel, gdyby zaszła taka potrzeba. Dziewczyna z trudem dźwignęła się na równe nogi, zatoczyła, po czym w pośpiechu oparła o ścianę, którą w porę zdołała odszukać w ciemności. Prócz majaczącego u szczytu schodów wyjścia, widziała bardzo niewiele.
Zawahała się, kiedy jej spojrzenie spoczęło na wciąż tkwiącym na zewnątrz Negatywie. Jasne włosy, jasna sukienka, czarna niczym noc skóra… Tkwiła w miejscu, beznamiętnym wzrokiem spoglądając na obie kobiety. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji, ale to nie wydało się Angel ani dziwne, ani niepokojące. Liczyło się tylko to, że nie odeszła, choć miała po temu tak wiele okazji.
Palce Negatywu zacisnęły się w pięści. Postać zadrżała, ale nie ruszyła się nawet o krok.
– Czego chcecie? – wycedziła przez zaciśnięte zęby.
Teraz się pytasz?
Angel z trudem powstrzymała się przed zadaniem tego pytania na głos. Uszczypliwość wydawała się kiepskim pomysłem w sytuacji, w której oczekiwała rozmowy, a jednak…
– Porozmawiać. – Próbując powstrzymać grymas z bólu, wyprostowała się, w końcu odzyskując równowagę. Obraz na moment zamazał jej się przed oczami, sprawiając, że postać Negatywu zaczęła przypominać rozmazaną plamę. – Tylko tyle. Bloodwell…
– Zapomniała o mnie. Tak było lepiej – ucięła stanowczo kobieta.
Bloodwell parsknęła pozbawionym wesołości śmiechem.
– Jakby to było możliwe!
Postać u szczytu schodów drgnęła. Zmrużyła oczy, przez moment taksując lodowatą piękność wzrokiem.
– Ach… Ach, tak – wyszeptała, wydając się zwracać bardziej do siebie niż kogokolwiek innego.
Angel stała pomiędzy nimi, z każdą kolejną sekundą bardziej zdezorientowana. Znały się. Z jakiegoś powodu jej to nie zaskoczyło, nie tylko dlatego, że to Bloodwell pierwsza zaczęła nalegać na odszukanie Negatywu. Nagle to, że te dwie kobiety mogłyby mieć ze sobą jakiś związek, wydało jej się tak jasne jak to, że na zewnątrz nigdy nie nadejdzie świt.
W milczeniu powiodła wzrokiem dookoła, spoglądając to na kobietę u swojego boku, to znów na Negatyw. Negatyw, powtórzyła w myślach, przez moment czepiając się tego imienia, zupełnie jakby miało w sobie coś więcej – coś, co przez cały ten czas jej umykało. Patrzenie na nią wciąż było dziwne. Sprawiało, że Angel czuła się co najmniej nieswojo, a jednak nie poczuła potrzeby, żeby odwrócić wzroku. Lęk zniknął, tak jak i napięcie, które dotychczas czuła, gdy ktokolwiek wspominał o rzekomym okrucieństwie Bloodwell.
Może źle je oceniła. Może wszyscy robili to przez cały ten czas.
A może to Shadow był kłamcą.
– Przestaniesz się gapić? – doszedł ją nerwowy głos Negatywu.
Drgnęła, po czym posłusznie odwróciła wzrok. Czuła, że palą ją policzki, a jednak wstyd okazał się mało znaczący. Myślami wciąż była gdzieś daleko, próbując znaleźć klucz w czymś, co wciąż nie miało sensu.
Dziwna istota zaczęła niespokojnie krążyć. Kroczyła tam i z powrotem, niczym zagniewany duch, z którym mimowolnie kojarzyła się Angel. Była niczym cień, choć te już nie kojarzyły jej się z niczym przyjemnym.
– Dlaczego? Czemu ją tu przyprowadziłaś? – zapytała nagle. Trudno było stwierdzić, do kogo się zwracała – do Angel, czy może jednak Bloodwell. – Nie dam się usidlić. Powiedziałam już, że nie dam się…
– Co masz na myśli? – zniecierpliwiła się Angel. Przesunęła się bliżej schodów, z zaskoczeniem przekonując, że w odpowiedzi Negatyw wycofała się. Jej spojrzenie było wrogie i niespokojne, ona sama zaś zachowywała się jak zapędzone w kozi róg dzikie zwierzę. – Kto miałby…?
– Nie udawaj świętej! Nie udawaj, że nie pamiętasz, co mi zrobiłaś!
Z wrażenia Angel aż potknęła się o własne nogi. Odskoczyła, kolejny raz zmuszona przytrzymać ściany. W panice jeszcze spojrzała na Bloodwell, ale ta stała niewzruszona, w ciszy przyjmując to, co działo się wokół niej.
Negatyw tymczasem zaczęła się zmieniać.
To stało się nagle, tak gwałtownie, że równie dobrze mogło okazać się wytworem wyobraźni albo zwidem. W jednej chwili stała u szczytu schodów, by w następnej sekundzie z rozdzierającym wrzaskiem skoczyć przed siebie, wprost ku oszołomionej Angel. Przypominała cień, który w mgnieniu oka rozrósł się, pochłaniając wszystko wokół. Wrzask wciąż trwał, ogłuszając, przypominając skrzek i…
Też krzyknęła. Angel była pewna, że z piersi wyrwał jej się co najmniej jęk, ale ten skutecznie zginął we wrzasku Negatywu. Ten, który słyszała, wydawał się nie tylko ogłuszać, ale wręcz ją przenikać, zupełnie jakby nagle stał się materialny. Dłońmi przysłoniła uszy, chwytając się za głowę. Ugięły się pod nią kolana, ale prawie tego nie zarejestrowała. Czuła jedynie rozpierający, narastający z każdą kolejną sekundą, wydający się zdolny do tego, żeby rozsadzić jej czaszkę.
Gdzieś jakby w oddali usłyszała głos Bloodwell, ale nie była w stanie rozróżnić poszczególnych słów. Poczuła uderzenie, kiedy Negatyw z impetem uderzyła wprost w nią, a później… wszystko pochłonęła nieprzenikniona ciemność.
~*~
Było… zimno. Zimno i bardzo ciemno, co samo w sobie wydało jej się niepokojące. Nie rozumiała, dlaczego tkwi w pustce – napierającej na nią ze wszystkich stron, przenikliwej i tak przerażającej, że momentalnie zapragnęła z niej uciec. Gdyby tylko była do tego zdolna, zrobiłaby to bez chwili wahania, nic jednak nie wskazywało na to, żeby wszechogarniający mrok zamierzał ot tak ustąpić. Jeśli miała być ze sobą szczera, stopniowo zaczynała wątpić, czy w miejscu, w którym się znajdowała – o ile nazywanie nicości w ten sposób miało sens – istniało cokolwiek więcej, ale z uporem odsuwała od siebie tę myśl.
Musiało.
Inna możliwość po prostu nie wchodziła w grę.
Dlaczego tutaj była? Dlacze…?
Gwałtownie zaczerpnęła powietrza. Czy już tego nie doświadczyła? W panice poderwała się do pionu, prostując niczym struna. Kręciło jej się w głowie, ale zawroty głowy wydały jej się niczym w porównaniu do lęku, który nagle sparaliżował całe ciało. Te uczucia, ta ciemność i poczucie bezradności… To wszystko wydawało się niepokojąco znajome. Wrażenie, że o czymś zapomniała, tym bardziej.
Och, nie… Nie, nie, nie.
Zacisnęła powieki. Przycisnęła dłonie do skroni, intensywnie je pocierając. Serce tłukło jej się w piersi, uderzając o żebra tak mocno, jakby chciało wyrwać się na zewnątrz. Musiała się uspokoić, ale…
Angel. Miała na imię Angel.
Uczepiła się tego imienia niczym tonący brzytwy. Napięcie nieznacznie ustąpiło, ale nie na tyle, by dziewczyna w pełni zdołała się uspokoić. Już raz obudziła się w takich warunkach – w chłodzie, ciemności i z poczuciem wszechogarniającej pustki. Raz zapomniała i nie zamierzała pozwolić na to po raz kolejny.
Mam na imię Angel…
Więc dlaczego czuła się, jakby oszukiwała samą siebie?
– Jesteś dobra w zapominaniu.
Lodowaty dreszcz przemknął wzdłuż jej kręgosłupa. Poderwała głowę, w panice wodząc wzrokiem dookoła. Zaraz po tym zamarła, napotykając spojrzenie aż nazbyt znajomych, niemal całkowicie czarnych oczu.
Negatyw klęczała w pobliżu miejsca, w którym siedziała Angel. Już nie wyglądała na rozeźloną, po prostu tkwiąc w miejscu i beznamiętnie spoglądając w przestrzeń. Dłonie ułożyła na kolanach, jakby od niechcenia bawiąc się materiałem sukienki.
Angel zawahała się. Raz jeszcze powiodła wzrokiem dookoła, właściwie sama niepewna, co próbowała znaleźć. Nigdzie nie widziała drogi ucieczki. Ba! Nie była w stanie dostrzec niczego, jakby w miejscu, w którym nagle się znalazła, nie istniało nic poza nią samą oraz Negatywem.
– Nie chciałam…
Zamilkła równie nagle, co i zaczęła mówić. Nerwowo zacisnęła usta, zdolna co najwyżej niespokojnie obserwować klęczącą kobietę. Szukała odpowiednich słów, ale to przypominało błądzenie we mgle. Jakby w ogóle mogła wiedzieć, czym zawiniła!
Negatyw przechyliła głowę. Włosy opadły jej na twarz, częściowo ją przysłaniając. Mimo wszystko nawet wtedy Angel czuła, że nieludzkie oczy tej istoty przenikały ją na wskroś.
– Nie chciałaś – powtórzyła niczym automat. – Nie chciałaś czego?
Serce Angel znów zabiło szybciej. Poczuła, że robi jej się gorąco.
– Nie chciałam… zranić cię.
Przestrzeń wypełnił chłodny, pozbawiony wesołości śmiech. Kobieta odchyliła głowę, wciąż chichocząc, choć w jej głosie nie dało się wyczuć choćby krztyny rozbawienia.
– Zaraz zaczniesz mnie przepraszać, choć nie rozumiesz za co! Nie żartuj sobie, hm? – Spojrzenie Negatywu na powrót skupiło się na dziewczynie. – W końcu to nie twoja wina. Nie ty zawiniłaś, Angel.
Wypowiedziała jej imię w dziwny, rozwlekły sposób. Na jej ustach wciąż majaczył pozbawiony wesołości uśmieszek.
– Nie rozu…
– Oczywiście, że nie. Nie Angel – ciągnęła dalej Negatyw. Brzmiała, jakby zaczynała kpić. – Angel nie rozumie.
– Przestań.
Postać zmrużyła oczy. Wyprostowała się, by po chwili z gracją poderwać do pionu. W końcu puściła sukienkę, pozwalając materiałowi swobodnie opaść i zafalować wokół jej nóg.
– Jasne. Tak jest prościej – stwierdziła niemalże ze zrozumieniem. Twarz wykrzywił niepokojący grymas. – Łatwiej zapomnieć. Też bym uciekła.
– Dlaczego traktujesz mnie tak, jakbym chciała zapomnieć?!
Wyrzuciła z siebie to pytanie na ułamek sekundy przed tym jak w pełni pojęła znaczenie własnego zarzutu. Stanęła na równe nogi, ciężko dysząc i z rezerwą obserwując Negatyw. Miała ochotę doskoczyć do niej, potrząsnąć i zażądać wyjaśnień, ale nie zdecydowała się tego zrobić. Czekała, choć jakaś jej cząstka wątpiła, czy to dobra metoda.
Czas wydawał się stać w miejscu. Nie żeby kiedykolwiek płynął, zwłaszcza w miejscu, w którym słońce wciąż trwało w jednej pozycji. W którymś momencie Angel zwątpiła, czy w ogóle wie, co oznaczały upływające sekundy. Wciąż trwała w zawieszeniu, choć tak bardzo pragnęła ruszyć do przodu.
Spojrzenie chłodnych oczu Negatywu doprowadzało ją do szaleństwa.
– Jak mam zrozumieć, skoro żadna z was mi nie odpowiada? Chcę coś zrobić. Bloodwell mi uwierzyła, choć nie sądziłam… Dlatego przyszłyśmy – podjęła, w pośpiechu wyrzucając kolejne słowa. Choć nie chciała, do jej głosu wkradła się błagalna, wręcz płaczliwa nuta. – Chciałyśmy cię odnaleźć. Chciałyśmy…
– I w tym problem – przerwała natychmiast Negatyw. – Jesteś tu, bo nie pamiętasz. Ty nigdy nie chciałaś mnie odnaleźć.
Z jakiegoś powodu te słowa były niczym policzek. Angel zamarła, dziwnie roztrzęsiona i sfrustrowana zarazem. Jakaś jej cząstka pragnęła zaprotestować, ale choć mogła to zrobić, nie zdobyła się na wypowiedzenie choć jednego słowa. Nie zareagowała również wtedy, gdy spojrzenie kobiety stało się zbyt nieprzenikliwe i niepokojące, sprawiając, że zapragnęła odwrócić wzrok.
Wbrew sobie przymusiła się do tego, żeby zrobić krok naprzód. A później kolejny i kolejny, nie zamierzając pozwolić na to, by ogarnęły ją wątpliwości. Shadow zbyt długo podejmował za nią decyzję o tym, żeby pozostała bierna. Zresztą gdzie indziej miała się dodać w ciemnościach, w których wydawało się nie być niczego innego.
Nie chciała myśleć, co to oznacza. Tym bardziej nie chciała zastanawiać się, jakim cudem wylądowała w tym miejscu albo gdzie podziewała się Bloodwell. To nie miało znaczenia. W tamtej chwili czuła się pewna i zdeterminowana do zrobienia czegoś, co miało znaczenie. Nie po to przybyła aż do ruin, by dać się odprawić z kwitkiem.
Negatyw milczała, ale również zeszło gdzieś na dalszy plan. Angel zauważyła, że postać drgnęła, kiedy dzielący je dystans znacząco się zmienił. Przystanęła, gdy dzieliło je zaledwie pół metra – tak niewiele, że była w stanie poczuć bijący od kobiety chłód. Z jakiegoś powodu przypominała puste naczynie albo lalkę o dużych, choć całkowicie obojętnych oczach.
Albo udawała. Ktoś, kto nie czuł, nie powinien się kulić, gdy druga osoba wyciągała ku niej rękę.
– Chcę zrozumieć…
Urwała równie nagle, co wcześniej zaczęła mówić. Jej dłoń zamarła zaledwie kilka centymetrów od policzka Negatywu i to bynajmniej nie dlatego, że postać jakkolwiek próbowała ją powstrzymać. Wręcz przeciwnie – stała niewzruszona, po prostu czekając na rozwój wypadków.
– W zrozumieniu mnie nie będzie nic dobrego – powiedziała cicho, ale to również nie wydało się Angel wystarczającym argumentem, żeby się wycofać. – Uciekniesz. Znów zostanę sama.
Coś ścisnęło ją w gardle. Niezdolna wykrztusić z siebie choćby słowa, musnęła palcami policzek Negatywu. Spodziewała się, że skóra kobiety okaże się zimna jak lód, ale nic podobnego nie miało miejsca. Przeciwnie – była przyjemnie ciepła, delikatna i w pełni ludzka.
Ośmielona, odgarnęła na bok bezbarwne włosy. Postać pozwalała jej na to, nieruchoma i tak nienaturalnie spokojna, że Angel momentalnie zrobiło się zimno. Raz jeszcze zlustrowała wzrokiem pozbawioną emocji twarz, zwracając uwagę na każdy, nawet najdrobniejszy szczegół. Już wcześniej doszła do wniosku, że miała do czynienia z kimś o odwróconych kolorach – kimś nieludzkim, nienaturalnym i dziwnym, ale…
A potem w końcu dostrzegła coś, co wytrąciło ją z równowagi tak bardzo, że aż się zachwiała. Instynktownie cofnęła się o krok, przyciskając drżącą dłoń do ust.
– Ostrzegałam.
W zasadzie nie tyle usłyszała, co wyczytała to słowo z ruchu warg. Cofnęła się o krok, wciąż roztrzęsiona i świadoma wyłącznie wilgoci, którą nagle poczuła na policzkach. Zanim się obejrzała, zaczęła zanosić się bezgłośnym płaczem. Łzy spływały po jej twarzy jedna za drugą, gromadząc się na brodzie i wnikając we włosy. Angel nie zareagowała nawet wtedy, gdy przesączyła nimi ubranie, niezdolna opanować smutku, który tak nagle poczuła. Sparaliżował ją całą, przenikając tak bardzo, że aż zabrakło jej tchu.
Negatyw stała niewzruszona. Nieznacznie skinęła głową, wydając się przyjmować do wiadomości coś, czego Angel mogła co najwyżej się domyślać.
Nawet nie próbowała. Była w stanie co najwyżej stać, płakać i próbując przyjąć do wiadomości to, że spoglądała… na samą siebie.
Jak mogłam nie zauważyć wcześniej…?
Z wrażenia aż zakręciło jej się w głowie. Szok i smutek mieszały się ze sobą, oba silne, choć nie w pełni zrozumiałe. Dlaczego w ogóle czuła się w ten sposób? Przez moment pomyślała nawet, że wszystko było co najwyżej iluzją – sztuczką, którą Negatyw próbowała igrać z jej emocjami – ale prawie natychmiast odrzuciła od siebie tę myśl. Wiedziała, że to nie było tak.
Smutek, który przeszywał ją całą, mówił sam za siebie.
– Możesz już odejść. – Usta kobiety poruszyły się. Angel znów musiała się wysilić, by zrozumieć poszczególne słowa. – Jak zawsze. Nie będę zła.
Nie ruszyła się z miejsca. W całkowitej ciszy, świadoma wyłącznie pustki w głowie i w sercu, przesunęła się naprzód.
Tym razem Negatyw zareagowała, w pośpiechu chwytając ją za oba nadgarstki. Wrażenie było takie, jakby skóra w tamtym miejscu dosłownie paliła.
– Co ty robisz? – wycedziła, rozszerzonymi oczami spoglądając wprost w zapłakaną twarz Angel. – Odsuń się. Powiedziałam, że możesz odejść – powtórzyła, ale bez przekonania.
– Ja chcę tylko… Chcę tylko… – Zamilkła, po czym z trudem przełknęła łzy. Jak miała to ująć? – Chcę zrozumieć. Proszę…
Spodziewała się kolejnych protestów. Może nawet tego, że postać – jakże podobna do niej; pusta lalka, stanowiąca niemalże doskonałą kopię – nagle zniknie, zostawiając ją samą w ciemnościach. Ta myśl niepokoiła ją bardziej niż cokolwiek innego, choć za wszelką cenę usiłowała ją od siebie odepchnąć.
Tyle że nic podobnego nie miało miejsca.
Wyraz twarzy Negatywu nie zmienił się, spojrzenie pozostało puste. Nie poluzowała uścisku, ale też nie wzmocniła go, nagle po prostu zastygając w bezruchu.
– Wszystko jedno – stwierdziła cicho.
Angel odważyła się poruszyć. To było niczym impuls, któremu ot tak zdecydowała się podporządkować. Spróbowała oswobodzić nadgarstek, a kiedy nie doczekała się protestów, wysunęła obie ręce z uścisku trzymających ją dłoni. Nie odsunęła się, wciąż tkwiąc tak blisko Negatywu, że była w stanie wyczuć ciepło jej ciała. Tym wyraźniej zauważyła, że postać zadrżała, ledwo tylko wyciągnęła dłonie ku jej twarzy.
W zamyśleniu przesunęła palcami po policzkach, jakby ucząc się ich kształtu na pamięć. Jej własne wciąż były wilgotne od łez, których nawet nie próbowała powstrzymywać. Nie miała nic przeciwko temu, że płynęły. Z jakiegoś powodu wydawały się właściwe.
Bez słowa wyjaśnienia wsunęła dłonie pomiędzy wciąż zaciśnięte palce Negatywu. Tym razem napotkała opór, ale to jej nie zniechęciło. Na moment zmrużyła oczy, po czym spróbowała ponownie, nie pozostawiając kobiecie innego wyboru, jak tylko rozprostować dłonie. Na krótką chwilę ich spojrzenia się spotkały, a chwilę później Negatyw – bardzo ostrożnie, jakby niepewnie – w końcu uniosła dłonie, dopasowując ich kształt do tych Angel.
Jak odbicie. Dziwne i zniekształcone, ale jednak należące do niej. Stały naprzeciwko siebie, stykając się palcami, tak bardzo podobne i różne zarazem…
– To okrutne, wiesz? Ty jesteś okrutna – stwierdziła nieoczekiwanie Negatyw.
– Dlaczego?
– Bo robisz mi nadzieję – padło w odpowiedzi. – Na coś, co nigdy nie będzie prawdą. Odsunęłaś mnie od siebie.
Angel zawahała się. Pustka przybrała na sile.
– Nie pamiętam – powiedziała w końcu. – Ale chciałabym zrozumieć. Mogłabym w końcu zrozumieć…
– Kiedyś rozumiałaś i zobacz jak obie skończyłyśmy. – Negatyw przymknęła oczy. Nagle wydała się starsza i bardzo, ale to bardzo zmęczona. – Ale dobrze. Dobrze, ja tylko… Daj mi chwilę, żebym mogła to zapamiętać – wyszeptała, po czym w pośpiechu odpowiedziała na niezadane przez Angel pytanie: – Nas jako jedność. Ostatni raz.
– Ale…
Słowa zamarły jej na ustach, gdy postać bez ostrzeżenia nachyliła się, by ucałować ją w czoło. Wszystko wokół znów pochłonęła ciemność.
– Pora się obudzić, Rachel.

8 września 2019

Rozdział XXIII


Korytarz wrócił do normy. Angel podświadomie spodziewała się, że tak będzie, ale i tak poczuła się co najmniej nieswojo, kiedy po otwarciu drzwi odkryła, że po drugiej stronie znajdowała się najzwyklejsza w świecie klatka schodowa. Spojrzała na Bloodwell, ale ta wydawała się być myślami gdzieś daleko. W efekcie dziewczynie nie pozostało nic innego, jak tylko posłusznie podążyć za towarzyszką, kiedy ta wyprzedziła ją, z gracją i lekkością pokonując kolejne stopnie.
Zrównała się z kobietą dopiero po wyjściu na opustoszałą uliczkę. Tym razem stopni było o wiele mniej, dokładnie tyle, ile powinno prowadzić na ulokowane na standardowym poziomie piętro.
– Wiesz, dokąd powinnyśmy iść? – zapytała spiętym tonem Angel, mimo obaw decydując się przerwać przeciągającą się ciszę. Milczenie ją niepokoiło, choć zarazem Bloodwell nie była osobą, z którą ktokolwiek chciałby toczyć dłuższe dysputy. Nie żeby sama zainteresowana w ogóle wyglądała na zainteresowaną taką możliwością. – Do miasta dotarłam cudem. Tutaj też przyprowadziła mnie dziewczynka.
– Dziewczynka, hm?
Kobieta obrzuciła ją krótkim, pozbawionym większego zainteresowania spojrzeniem. Zupełnie jakby to, co ci powiedziałam, było dla ciebie zaskoczeniem, prychnęła w duchu Angel, ale powstrzymała się od złośliwości.
– Ta, której wtedy pomogłam na placu. Kazała mi tutaj przyjść, bo na mnie czekałaś. Tak czy siak…
– Zobaczy się – ucięła Bloodwell, bezceremonialnie chodząc Angel w słowo.
To nie zabrzmiało szczególnie zachęcająco. Dziewczyna otworzyła i zaraz zamknęła usta, w gruncie rzeczy sama niepewna, jak powinna zareagować. Nie potrafiła nawet stwierdzić, czy kobieta mówiła poważnie, czy może kolejny raz próbowała ją prowokować. Wiedziała jedynie, że w tej sytuacji mogła co najwyżej zdać się na nią albo znów bezsensownie błądzić i załamywać ręce. W tej sytuacji wybór pozostawał dość oczywisty.
Przez większość drogi milczały. Bloodwell szła przodem, pewnym krokiem przechadzając się pogrążonym w ciszy miastem. Wydawała się wiedzieć, dokąd idzie, ale również ta świadomość nieszczególnie pocieszyła Angel. Miasto – choć nienaturalnie ciche – nie miało w sobie niczego wyjątkowego. Sama była w stanie rozpoznać drogę, która prowadziła z powrotem do centrum – wprost do miejsca, w którym znajdowała się fontanna i ustawiony na samym jej środku płaczący anioł. Poruszanie się po tym miejscu nie mogło być aż tak skomplikowane, czego jednak nie dało się powiedzieć o brnięciu w głąb monotonnego, ciemnego lasu.
Lasu, w którym kryło się coś niedobrego.
Z trudem powstrzymała dreszcze. Ile w tym, czego doświadczyła, było prawdy, a co pozostawało wyłącznie wytworem jej wyobraźni? Przecież dopiero co mogła przysiąc, że dotarcie do Bloodwell stanowiło swoiste wyzwanie. Widziała rzeczy, których nie rozumiała, nagle niepewna, na ile mogła zaufać sobie i swoim zmysłom. Gubiła się, błądziła i tak naprawdę pozostawała sama w szaleństwie, którego nawet nie próbowała już uporządkować.
Jej spojrzenie raz po raz uciekało ku Bloodwell. Ta kobieta dla odmiany lśniła, piękna i na swój sposób eteryczna, choć coś w jej postawie niezmiennie onieśmielało. Lodowate piękno, pomyślała po raz wtóry Angel, ale im dłużej się nad tym zastanawiała, tym pewniejsza była, że chodziło o coś więcej. Nie potrafiła jeszcze opisać tego słowami, ale każde kolejne spotkanie z tą istotą utwierdzało dziewczynę w przekonaniu, że miała do czynienia z kimś o wiele bardziej ludzkim, niż mogłoby się wydawać na początku.
Shadow ją okłamał. W wielu kwestiach, zaś faktyczna natura Bloodwell pozostawała jedną z nich. Pamiętała to, w jaki sposób wyrażał się o kobiecie, kiedy rozmawiali o niej po raz pierwszy. Wtedy Angel czuła się, jakby słuchała o potworze – bezdusznym, obojętnym, a może nawet pragnącym śmierci. Wtedy się bała, choć już sama nie potrafiła stwierdzić, co chodziło jej po głowie, kiedy starała się uporządkować wszystkie podsunięte jej przez ówczesnego opiekuna informację. Wiedziała za to jedno: wtedy do głowy by jej nie przyszło, że słowa Shadowa sprowadzały się do tej pięknej istoty, którą teraz traktowała jako jedyny ratunek.
Może nie powinna oceniać tego tylko przez pryzmat tego, co widziała, ale Bloodwell zdecydowanie nie wyglądała na złą. Zimną i obojętną owszem, ale Angel nie sądziła, żeby ktoś, kto nie dba, jednocześnie pragnął działania. W zasadzie nagle nabrała pewności, że sprawy miały się zupełnie inaczej – i że ta kobieta dłużej niż cokolwiek wierzyła w coś, co równie dobrze mogło okazać się mrzonką.
To miasto uczyniło ją taką – samotną i oziębłą, dokładnie jak ono samo.
Angel mimowolnie zacisnęła dłonie w pięści. Jedną wsunęła do kieszeni, machinalnie szukając różanego płatka, póki nie przypomniała sobie, że został na górze, porzucony na podłodze. Jej spojrzenie znów uciekło do Bloodwell, choć krocząc za nią, widziała jedynie smukłe, przysłonięte kurtyną srebrzystych włosów plecy kobiety. Kolejny raz zwróciła uwagę na sposób, w jaki ta się poruszała – pewnie, z gracją i nonszalancją, której niejeden mógłby jej pozazdrościć. Tak mogłaby kroczyć królowa, tyle że w tym miejscu nie było nikogo, kto mógłby ją podziwiać i w odpowiednim momencie z szacunkiem pochylić głowę.
Gdzieś kątem oka wychwyciła ruch. Zdążyła dostrzec tylko szybko znikająca w cieniu jednego z budynków sylwetkę – zbyt niewyraźną, by stwierdzić, do kogo ta należała. Intruz zresztą oddalił się niemal natychmiast, wyraźnie nie paląc się do tego, by wejść komukolwiek w drogę.
– Ktoś tam był – szepnęła Angel.
Nie doczekała się żadnej konkretnej reakcji. Bloodwell nawet się nie obejrzała, w zamian nieznacznie wzruszając ramionami.
– Nie wątpię – odparła i przez moment Angel była gotowa przysiąc, że jej głos zabrzmiał niemal pogodnie. – Zawsze tak na mnie reagują.
– Zawsze? Ale…
– Pamiętasz nasze pierwsze spotkanie? Plac opustoszał, gdy tylko się pojawiłam… Cóż, nie licząc tego małego przedstawienia. – Kobieta westchnęła przeciągle. – Nie żebym była zaskoczona. Zawsze dużo prościej kryć się w mroku.
– Dlaczego mieliby się przed tobą chować? – zniecierpliwiła się. Tym razem przyśpieszyła kroku, bez wahania stając u boku kobiety. Brwi Bloodwell jak na zawołanie powędrowały ku górze, ale nie skomentowała tego stanu rzeczy nawet słowem. – Nie jesteś… zła, prawda? Nie wyglądasz, jakbyś zamierzała kogoś zabić, więc…
– Zabić? – Tym razem śmiech kobiety brzmiał przede wszystkim szczerze, nie gorzko. – To na mój temat opowiada Shadow? Że kroczę przez ten świat i niosę śmierć?
– Nie – zaoponowała natychmiast Angel. – To znaczy… W zasadzie mówił o tobie tak, jakbyś jednak to robiła.
– Ach, tak… I akurat ty mówisz mi, że śmierć jest tym, czego ci ludzie najbardziej się obawiają?
Angel zesztywniała, zwłaszcza gdy poczuła na sobie spojrzenie tych przenikliwych, intensywnie niebieskich oczu. Zanim zdążyła zastanowić się nad tym, co robi, bezwiednie zacisnęła dłoń na przegubie. Wewnętrzna strona nadgarstków znów zapiekła – prawie jak wtedy, gdy Shadow w dość jednoznacznym geście przesunął palcami po jej skórze, sugerując wszystko to, co Angel tak bardzo pragnęła zapomnieć.
Nie, możliwe, że to nie śmierci należało się obawiać. Tyle że nie miała odwagi wypowiedzieć tych słów na głos.
Bloodwell pozostała obojętna, zupełnie jakby właśnie takiej odpowiedzi od samego początku się spodziewała.
– Chodźmy dalej. Powiedziałabym, że jeśli się nie pośpieszymy, świt nas zastanie, ale wiesz… W tym świecie o to jedno nigdy nie trzeba się martwić.
Wraz z tymi słowami znów zostawiła Angel w tyle.
~*~
Przez resztę drogi nie spotkały nikogo więcej. Co prawda Angel miała wrażenie, że jeszcze kilkukrotnie coś poruszyło się poza zasięgiem jej wzroku, ale tym razem zachowała wszelakie uwagi dla siebie. Nawet jeśli coś kryło się w mroku, najwyraźniej chciało tam pozostać.
Początkowo sądziła, że Bloodwell poprowadzi ją do placu i fontanny, ale kobieta obrała inną trasę. Mimo wszystko dziewczyna była gotowa przysiąc, że przeszły w pobliżu centrum – i że gdzieś w pobliżu usłyszała przytłumiony, ale jednak obecny dźwięk przelewanej wody. Zaczynam wariować – tylko tak była w stanie to skomentować. O ile od chwili, w której przebudziła się w tym świecie, cokolwiek z otaczającej ją rzeczywistości, można było uznać za normalne.
Nie była w stanie stwierdzić, ile czasu minęło od momentu, w którym opuściła dom Shadowa. Już nawet nie potrafiła myśleć o ukrytym pośród drzew budynku inaczej. Czegokolwiek by nie usłyszała albo sama nie powiedziała, miejsce, do którego pierwszego dnia zaprowadził ją opiekun, nie było jej domem. To miasto również. Angel uprzytomniła sobie, że niezależnie od warunków, nigdy nie byłaby w stanie uznać inaczej. Nawet gdyby słońce zachowywało się inaczej, Shadow nie igrał sobie z nią i nie miał setek tajemnic, a mieszkańcy nie kryli się po kątach, nie wyobrażała sobie, że gdziekolwiek miałaby poczuć się swobodnie.
Jej dom był gdzieś daleko. Nie miała pojęcia, w którym miejscu i co tak naprawdę kryło się pod tym pojęciem, ale była tego dziwnie pewna. Pod tym nie do końca jasnym stwierdzeniem kryło się coś więcej – miejsce, do któregoś jakaś jej cząstka chciała wrócić.
W tym świecie wciąż czegoś brakowało.
Las pojawił się nagle. Linia drzew niemalże przylegała do miasta – w jednej chwili ciągnęły się kolejne nadszarpnięte zębem czasu budynki, w następnej zaś kontrolę przejmowała dzika natura. Na widok ciągnących się coraz dalej i dalej drzew, serce Angel niemalże stanęło i to tylko po to, by po chwili przyśpieszyć biegu. Uderzało tak szybko i mocno, jakby w każdej chwili mogło wyraź się na zewnątrz i gdzieś uciec.
Zatrzymała się tak gwałtownie, że niewiele brakowało, by potknęła się o własne nogi. Bloodwell również przystanęła, pierwszy raz od wyjścia z kamieniczki sama z siebie decydując się przenieść wzrok na towarzyszkę.
– Nie wiem, czy chcę tam wracać – wyznała Angel, odpowiadając na niezasadne przez kobietę pytanie.
Nie doczekała się odpowiedzi. Spodziewała się choćby westchnienia, wywrócenia oczami albo wybuchu gniewu – tego i kolejnych pretensji o stratę czasu i bierność, która zdawała się tak bardzo drażnić Bloodwell. Nawet jakiekolwiek pytanie miałoby sens; zwykłe „dlaczego”, choć Angel nie miała pojęcia, czy zdołałaby na nie odpowiedzieć.
Tyle że nic podobnego nie miało miejsca.
Jej towarzyszka po prostu na nią spojrzała, po czym jak gdyby nigdy nic odwróciła się i sama ruszyła w dalszą drogę. Angel dostrzegła jedynie końcówki jej włosów i fragment sukni, kiedy Bloodwell tak po prostu zagłębiła się w gęstwinie.
– Hej, czekaj!
Sugestia była prosta, ale i tak wytrąciła dziewczynę z równowagi bardziej niż cokolwiek innego. „Rób, co chcesz” – wydawała się sugerować kobieta i choć takie rozwiązanie na swój sposób wydawało się kuszące, Angel nie wyobrażała sobie, że ot tak miałaby zostać na swoim miejscem. Co miałaby zrobić? Stać na skraju lasu, wpatrywać się w rzucane przez drzewa długie cienie i… czekać? Samo puszczenie Bloodwell do miejsca, które ją samą napawało wyłącznie lękiem, brzmiało jak najgłupsze posunięcie na świecie.
Z trudem powstrzymała cisnące jej się na usta przekleństwa. Niech to szlag! Jakim cudem w ogóle się w to wpakowała? Miała wrażenie, że od momentu, w którym pewnie opuszczała dom Shadowa, minęły całe wieki. Wtedy wydawało jej się, że wiedziała, co robi, że miała plan i dość siły, by go zrealizować, ale teraz…
Niemalże biegiem ruszyła przed siebie. Popędziła za Bloodwell, co najmniej oszołomiona tym, że ta nagle zniknęła jej z oczu. Nagle to nie perspektywa wejścia do lasu, ale samotności poraziła Angel bardziej niż cokolwiek innego. Potykając się na nierównościach terenu, na oślep popędziła na przód, przez moment świadoma wyłącznie jakże znajomego poczucia błądzenia. Już przez to przechodziła – długie godziny bez celu kręciła się po okolicy, podczas gdy coś kryło się w ciemnościach.
Och, nie, nie, nie…
– Tu jestem, Angel.
Kamień dosłownie spadł jej z serca, kiedy usłyszała znajomy głos. Kiedy poderwała głowę, zaledwie kilka metrów przed sobą dostrzegła spokojnie stojącą Bloodwell. Kobieta obserwowała ją beznamiętnym wzrokiem, ale dziewczyna i tak była gotowa przysiąc, że na ułamek sekundy zdołała doszukać się w jej spojrzeniu ulgi. Co prawda tę prawie natychmiast wyparła obojętność, ale Angel wiedziała swoje.
Tym razem sama również zdecydowała się na milczenie. Spoglądając pod nogi, by na domiar złego nie potknąć się o wystający korzeń, pokonała dzielącą ją od kobiety odległość. Jakaś jej cząstka obawiała się, że ta nagle przyśpieszy albo jakimś cudem zniknie, na odchodne rzucając coś o tym, że wcale nie potrzebowała towarzystwa kogoś, kto wciąż się wahał. Nic podobnego nie miało miejsca, ale Angel i tak poczuła się nieswojo, zwłaszcza gdy odkryła, że ze swoją długą do ziemi, zdecydowanie nieprzeznaczoną do spacerów w takich warunkach suknią, Bloodwell wydawał się poruszać dużo swobodniej niż ona.
Pomiędzy nimi znów zapanowało milczenie, ale to wydawało się właściwe. W jakiś pokrętny sposób cisza po prostu była wskazana – nie pełna napięcia, ale równie naturalna, co i szelest trawy pod ich stopami. Bloodwell znów wysunęła się na prowadzenie, ale nie narzuciła tempa, które okazałoby się trudne do utrzymania. Szła pewnie, nie rozglądając się na boki i zdecydowanie nie wyglądając na kogoś, kto mógłby zgubić się w otaczającej ją gęstwieni. „Zobaczy się” – powiedziała, kiedy Angel zapytała ją o znajomość drogi, ale w tamtej chwili wyraźnie widać było, że doskonale wiedziała, gdzie znajdowały się ruiny. Nawet jeśli nie, sposób w jaki udawała orientację w terenie, sam w sobie okazałby się imponujący.
– Ten las też jest martwy – zagaiła w pewnym momencie Bloodwell. Nie zatrzymała się, ani nie zwolniła. Ot tak stwierdziła fakt i to na dodatek z taką swobodą, jakby właśnie oznajmiała coś nader oczywistego. Niebo jest niebieskie, trawa zielona, a las i cały ten świat – one są martwe. – Zauważyłaś? Cenię ciszę. Ale ta mnie przeraża.
Angel nie znalazła na to żadnej sensownej odpowiedzi. W zasadzie przez moment poczuła się jeszcze bardziej wytrącona z równowagi, zwłaszcza gdy usłyszała ostatnie słowa kobiety. Strach… Dlaczego tak niepokoiło ją, że akurat Bloodwell miałaby się bać? Jak ktoś, kto dosłownie lśnił i miał w sobie tyle charyzmy, mógłby odczuwać przerażenie…?
Pokręciła głową, próbując przerwać bieg niechcianych myśli. Spróbowała skupić się na stawianiu kroków, ale w którymś momencie zgubiła rytm. Czuła się zbyt wolna i niezdarna, znów mając wrażenie, że drzewa i krzewy mimo wszystko żyją – każde na swój sposób, stopniowo zacieśniając krąg wokół niej i wyciągając długie pnącza niczym ramiona, które mogłyby ją pochwycić. Znów dostała palpitacji serca, kiedy jedna z niżej zawieszonych gałęzi wplątała jej się we włosy. Wzdrygnęła się i odskoczyła, szarpnięciem wyrywając się z tego nierzeczywistego uścisku; nie dbała o ból, który poczuła, kiedy wyrwała kilka wciąż zahaczonych o gałąź włosów.
Bloodwell obrzuciła ją wymownym, przenikliwym spojrzeniem, ale nie odezwała się nawet słowem. Jedynie westchnęła bezgłośnie, po czym kontynuowała marsz. Angel skrzywiła się, nie mogąc pozbyć wrażenia, że w spojrzeniu kobiety było coś pobłażliwego – jakby z góry zakładała, że to, co robiły, nie miały sensu. Tyle wystarczyło, by dziewczyna przypomniała sobie ze szczegółami cały przebieg całej dotychczasowej rozmowy. Trudno było jej ot tak wyrzucić z pamięci to, że Bloodwell przez cały czas wątpiła – w nią, w nadzieję i ocalenie całego tego świata. Zresztą skoro jej zdaniem był martwy, co tak naprawdę miałyby jeszcze uratować?
Więc po co to wszystko? Gdzie i po co mnie prowadzisz…?
Zacisnęła usta. Zwątpienie pojawiło się nagle, tak jak i wcześniej, gdy zaczęła dostrzegać coraz to dziwniejsze mankamenty w zachowaniu Shadowa. Wtedy też pierwszy raz poważnie zaczęła zastanawiać się nad tym, czy powinna ufać komukolwiek? On ją zawiódł. Bloodwell okazała się inna niż sugerował, ale czy to cokolwiek zmieniało? Angel uznała ją za jedyną nadzieję, ale im dłużej się nad tym zastanawiała, tym bardziej zagubiona się czuła. Jeśli ta kobieta wątpiła, co tak naprawdę tutaj robiły? Skąd mogła mieć pewność, że w ogóle szły w kierunku ruin, o próbach znalezienia Negatywu nie wspominając?
Machinalnie zacisnęła dłonie w pięści. Nerwowo spojrzała najpierw na plecy kroczącej przed nią kobiety, po czym z obawą powiodła wzrokiem dookoła. Zanim się spostrzegła, niemalże w panice zaczęła szukać czegoś, czym mogłaby spróbować się obronić, gdyby… coś poszło nie tak. To była dziwna, poniekąd głupia myśl, ale Angel nie chciała zastanawiać się nad jej praktycznym znaczeniem. Nie pamiętała, kiedy ostatnim razem tak naprawdę drżała o własne życie – nie w pełni, choć gdzieś w jej umyśle majaczyło wspomnienie tego, jak bardzo chciała walczyć, kiedy kuliła się na leśnej ściółce, zagubiona w samym środku lasu – przez co ten nagły impuls ją zaskoczył. Tym razem na dodatek była przytomna i w pełni świadoma. Nie chodziło o zwykły instynkt przetrwania, przypadkowy impulsu, ale…
– Prawie jesteśmy na miejscu. Tak sądzę. – Głos Bloodwell doszedł do niej jakby z oddali. – To chyba jedno z tych miejsc, których nigdy się nie zapomina. Kto wie, może tak naprawdę wszystkie ścieżki prowadzą właśnie tam.
W roztargnieniu spojrzała z powrotem na kobietę. Uświadomiła sobie, że wciąż drżała, napinając przy tym mięśnie tak bardzo, że okazało się to niemal bolesne. Spróbowała poluzować uścisk, ale ciało nie chciało jej słuchać. Serce wciąż tłukło jej się w piersi, zupełnie jakby w tym jednym momencie chciało nadrobić jak najwięcej uderzeń – tak na wszelki wypadek, w razie gdyby jednak miało się zatrzymać.
Bloodwell wydawała się niczego nie zauważać – celowo albo po prostu udawała, to już nie miało znaczenia. Wkrótce po tym wyprowadziła wciąż oszołomioną Angel wprost na znajomą, pogrążoną w ciszy polanę. Jedynie wiatr igrał z liśćmi pobliskich drzew, raz po raz wprawiając je w ruch. Było coś kojącego w nieustającym, jednostajnym szumie.
Co ja sobie myślałam…?
Napięcie z wolna zaczęło uchodzić z jej ciała, przynajmniej do momentu, w którym dostrzegła zarys skrytych w wysokiej trawie ruin. Natychmiast rozpoznała miejsce, w którym spotkała Negatyw, jednak tym razem w okolicy nie było choćby żywego ducha. Mimo wszystko Angel niespokojnie wodziła wzrokiem na prawo i lewo, z bijącym sercem czekając na… cokolwiek. Z uporem unikała spoglądania na stojącą zaledwie metr od niej Bloodwell, jakby w obawie przed tym, że w chwili, w której sobie na to pozwoli, kobieta jakimś cudem przeniknie jej umysł i pozna każdą, nawet najbardziej idiotyczną myśl.
Och, chyba że jednak planowała ją zabić. Jakieś odległe miejsce w samym środku lasu było idealne, nie wspominając o możliwości ukrycia ciała. Nie żeby istniał ktokolwiek, kto w ogóle przejąłby się zniknięciem przypadkowej dziewczyny albo szukaniem ciała, ale…
– Tutaj ją widziałaś, tak? Jasne, że nie wyszła się przywitać – rzuciła jakby od niechcenia Bloodwell. – Ale ten jeden raz nie jest mi na rękę, że ktoś się przede mną chowa. – Przez twarz kobiety przemknął cień. – Zawołaj ją.
– Ja? – Głos Angel zabrzmiał o wiele bardziej piskliwie, niż mogłaby sobie tego życzyć.
– A widzisz tutaj kogoś innego? Nie przyszłam, żeby tracić czas. Wydawało mi się, że to jedno ustaliłyśmy jeszcze w mieście.
Coś w tonie i kolejnym spojrzeniu Bloodwell wystarczyło, by zamknąć Angel usta. Dziewczyna wbiła wzrok w ruiny, po czym z wolna ruszyła w ich stronę. Tym razem poszła przodem, świadoma śledzących jej każdy ruch, przypominających lód oczu. Znów zaczęła drżeć, ale tym razem nie pozwoliła sobie na to, żeby strach zmusił ją do wycofania się.
– Ehm, jesteś tutaj? – szepnęła tak cicho, że ledwo mogła samą siebie zrozumieć. – Proszę…
Znalazła się na tyle blisko, by dostrzec ziejącą w ziemi czarną dziurę. Z obawą spojrzała na biegnące w dół, ledwo widoczne schody.
Co miała powiedzieć? Co w ogóle powinna…?
– Nie dam się usidlić. Nie znowu – rozbrzmiało gdzieś za jej plecami.
Nie miała okazji się odwrócić. Wyczuła jedynie ruch i moment, w którymś ktoś zdecydował się zepchnąć ją wprost w pustkę.
Spadła.

21 maja 2019

Rozdział XXII


Coś się zmieniło – tak nagle, że nawet tego nie zarejestrowała. Wrażenie było takie, jakby ktoś wcisnął jakiś niewidzialny, odpowiedzialny za atmosferę przycisk. Angel zdążyła zaledwie zamrugać, kiedy wszystko ot tak wróciło do normy. W jednej chwili trwała w pustce, wręcz przytłoczona obecnością Bloodwell i własnymi emocjami, a w następnej znajdowała się w najzwyklejszym w świecie mieszkaniu.
Ze świstem wypuściła powietrze. Z obawą spojrzała na swoją towarzyszkę, ale ta w żaden sposób nie okazała tego, że coś wyjątkowego mogłoby mieć miejsce. W zamian bez pośpiechu ruszyła w głąb pomieszczenia, bezszelestnie stąpając po drewnianej, przysłoniętej kurzem podłodze. Nie wyglądała na przejętą tym, że długa, sięgająca ziemi suknia, mogłaby się pobrudzić. Dziewczynę po raz kolejny zachwyciło coś w inności niemalże idealnie czarnego materiału; znów skojarzył jej się z nocą, na dodatek bezgwiezdną i pozbawioną jakichkolwiek oznak jasności.
Dopiero podążając za Bloodwell wzrokiem zauważyła, że w pokoju nie było już aż tak ciemno jak wcześniej. Kobieta podeszła do brudnych okien, po chwili z wyraźnym wysiłkiem otwierając jedno z nich. Wyglądała niepokojąco pięknie w krwawym blasku wiecznie zachodzącego słońca.
– Rozmawiałyśmy o wierze – odezwała się ni stąd, ni zowąd Bloodwell. Odrzuciła jasne włosy na plecy, jakby od niechcenia przeczesując je palcami. Wciąż nie patrzyła na Angel, w zamian zajęta nerwowym szarpaniem za kosmyki. – Nie wiem, czy nasz obecny stan mogę uznać za porozumienie, ale… Cóż, jeśli sobie tego życzysz, mogłabym opowiedzieć ci historię.
– Tego miejsca? – zapytała z powątpiewaniem Angel.
Jej głos zabrzmiał dziwnie chrapliwie, ale zaczynała do tego przywykać. Korciło ją, by zwrócić uwagę Bloodwell na sposób, w jaki nagle zmienił się pokój, z nieopisanej pustki przeistaczając w coś, co momentalnie skojarzyło jej się z poddaszem, ale ostatecznie tego nie zrobiła. Nie było możliwości, by kobieta sama tego nie zauważyła. Pod warunkiem, że którakolwiek z tych zmian faktycznie miała miejsce.
Jakąś cząstkę Angel dosłownie zmroził lęk. Może w rzeczywistości śniła na jawie, nie tylko wyobrażając sobie to spotkanie, co… te wszystkie inne, bardziej niepokojące rzeczy. Już nie potrafiła wierzyć ani sobie, ani swoim zmysłom, a to zdecydowanie nie wróżyło niczego dobrego.
– Może. – Spokojny głos Bloodwell skutecznie wyrwał ją z zamyślenia. Skrzywiła się, kolejny raz doczekując wyłącznie lakonicznej odpowiedzi. – Jeśli założyć, że w każdej historii tkwi ziarnko prawdy… Chociaż już dawno zwątpiłam i w to miejsce, i cały ten świat.
Nie odpowiedziała, zmuszając się do milczenia. W głowie i tak miała pustkę, w efekcie niezdolna wykrztusić z siebie nawet słowa. Mogła co najwyżej czekać i liczyć na to, że choć ten jeden raz usłysz coś, co uzna za sensowne, o ile w przypadku akurat tej istoty było to możliwe.
Przeciągająca się cisza drażniła ją bardziej niż cokolwiek innego.
– Więc? – Bloodwell spojrzała na na nią spod wymownie uniesionych brwi. – Przyznam, że twoje zrozumienie to dla mnie kwestia drugorzędna. W tej chwili i tak nie mam nic lepszego do roboty, więc…
– Do rzeczy.
O dziwo, kobieta wyłącznie się uśmiechnęła. Było w tym coś wymuszonego i Angel jakoś nie wątpiła, że nie zdarzało jej się to szczególnie ciężko, ale jednak gest wydawał się szczery.
– Wybacz, że tak ciągle cię prowokuję – powiedziała kobieta i zabrzmiało to niemalże tak, jakby miała wyrzuty sumienia. – Może wciąż nie dowierzam.
– W co właściwie…? – zniecierpliwiła się Angel, ale tym razem nie miała okazji dokończyć.
– Twoje reakcje są… żywe. Przytłumione, ale jednak żywe. – Bloodwell w końcu zwróciła się w jej stronę. Lekko przekrzywiła głowę, wciąż zamyślone. – Przed oczami wciąż mam dziewczynę, którą poznałam na placu, a która wyglądała mi jak… Cóż, cień. Ten świat pełen jest cieni. – Wzruszyła ramionami. – Widać pierwsze wrażenie bywa mylne.
Angel nie miała pojęcia czy powinna się po tych słowach roześmiać, czy może poczuć urażona. To był komplement? Jeśli tak, nie tylko ona musiała nauczyć się tego i owego. Bloodwell może i była piękna – przerażająco wręcz urodziwa i obojętna – ale nieprzeciętna uroda najwyraźniej nie szła w parze z elokwencją.
Nawet jeśli kobieta zdawała sobie z tego sprawę, nie dała niczego po sobie poznać. W zamian odchrząknęła i jak gdyby nigdy nic zmieniła temat.
– Powiada się, że świat jest pełen kontrastów. Noc i dzień, ciemność i jasność… Znasz symbol yin i yang? Mówi o równowadze, bo i do niej powinna dążyć natura… Zazwyczaj. – Zawahała się na moment. – Bez poznania mroku nie wiedzielibyśmy, jak cudowne potrafi być nadejście światła. Bez jasności z kolei nie istniałyby cienie. Pocieszające i… przerażające, jeśli dobrze się nad tym zastanowić.
Oczekiwałaś mnie po to, by prowadzić filozoficzne dysputy?, pomyślała w oszołomieniu Angel. Słuchała, ale to wciąż były tylko słowa – może i trafne, czasem pięknie dobrane, ale nic ponadto. Od początku była gotowa przysiąc, że Bloodwell mogła znać odpowiedzi na pytania, które dręczyły ją przez tyle czasu, a jednak kiedy przyszło co do czego…
Zacisnęła usta. Nie chciała czuć rozczarowania, ale to kryło się gdzieś w jej wnętrzu, zresztą jak i znajoma już frustracja.
– Ten świat utracił równowagę – podjęła ze spokojem kobieta. Znów zwróciła się ku okna, z uwagą wpatrując w tkwiące niezmiennie w tej samej pozycji słońce. Jej blada skóra przybrała dziwny, nieco niepokojący odcień, skąpana w krwawym blasku niekończącego się dnia. – Umierał, ale nie skonał do końca. Zawisł gdzieś pomiędzy, a to… chyba najgorsze, co można sobie wyobrazić. Marazm w czystej postaci.
– Nie rozumiem – wtrąciła Angel, w końcu zdobywając się na to, by wykrztusić z siebie chociaż słowo. Niepewnie zrobiła krok na przód, z wolna skracając dzielący ją od Bloodwell dystans. – Świat wciąż istnieje. To jakby otrzymać dodatkowy czas, więc…
– Ale jakim kosztem? Ile można trwać w nicości? – przerwała natychmiast kobieta. Jej twarz wykrzywił grymas, ale spojrzenie, którym obdarowała Angel, okazało się zaskakująco łagodne. W zasadzie było coś pobłażliwego w sposobie, w jaki się w nią wpatrywała; trochę jak na nierozumiejące podstaw, niedoświadczone dziecko. – Tobie mam to tłumaczyć? Zawieszenia ma sens, kiedy walczysz. Kupujesz czas, jeśli zamierzasz go wykorzystać. Ale w tej sytuacji? To jak powolna agonia, chociaż nie to w tym najgorsze – przyznała, po czym westchnęła przeciągle. – Jesteś tu zaledwie chwilę, a jednak tego nie dostrzegasz… Nie czujesz niczego, kiedy spoglądasz na to słońce i myślisz, że tak naprawdę nigdy nie doczekasz poranka?
Nie odpowiedziała. Nie była w stanie, nie tyle przez nieumiejętność znalezienia odpowiednich słów, co przez świadomość, że takie nie istniały. Nie miała pojęcia, czy taki był zamysł Bloodwell, ale wystarczyło kilka jej słów, by wytrącić Angel z równowagi. Kobieta trafiła w sedno, mówiąc o rzeczach, które przecież były aż tak znajome.
Zawieszenie w pustce. Powolna agonia, która… prowadziła donikąd. To brzmiało tak, jakby nie tylko gdzieś już o tym słyszała, ale przede wszystkim sama tego doświadczyła.
Potarła nadgarstki. A może robiła to już od dłuższego czasu? Nie wiedziała i tak naprawdę nie chciała zastanawiać się nad znaczeniem własnych gestów, a tym bardziej tym, że po wewnętrznej stronie ramion znów poczuła nieprzyjemne mrowienie.
– Kiedyś wierzyłam, że da się uratować ten świat – doszedł ją ponownie spokojny, wyprany z jakichkolwiek emocji głos Bloodwell. – Krążyła legenda o aniele, którzy przyniesie nam wszystkim wybawienie… Albo zgubę. – Zamilkła na dłuższą chwilę, na powrót zwracając się ku oknu. Z uporem wpatrywała się w nieruchome słońce, pozwalając, by krwawy blask rozjaśnił jej bladą twarz. – Bo widzisz, każde światło może zostać stłamszone przez cienie. Są osoby, którym byłoby na rękę, by już nigdy nie wzeszło tutaj słońce.
Może kobieta mówiła coś jeszcze, ale Angel już nie była w stanie skupić się na jej kolejnych słowach. Stała w bezruchu, oddychając szybko i płytko. Przez dłuższą chwilę była świadoma wyłącznie swojego nienaturalnie napiętego ciała i urywanego, przyśpieszonego oddechu.
Bloodwell tak naprawdę nie musiała mówić niczego więcej. Chociaż jej słowa przyniosły jedynie więcej wątpliwości i pytań, Angel zrozumiała – i to może o wiele więcej, niż mogłaby sobie życzyć. To wciąż brzmiało jak marny żart, na dodatek zbyt prosty i nazbyt oczywisty, ale…
Anioł i cień… Angel i Shadow.
Wzdłuż jej kręgosłupa przeszedł nieprzyjemny cień. Przez moment poczuła się tak, jakby tuż za nią stał ktoś, kto ją obserwował. Nie pierwszy raz była w stanie sobie wyobrazić znajomego, skrytego w mroku mężczyznę, na dodatek dosłownie przenikającego ją spojrzeniem lśniących, intensywnie zielonych oczu. W jakimś stopni zdążyła się u niego uzależnić i to przerażało ją w tym wszystkim najbardziej.
– Co mam zrobić?
Z opóźnieniem uprzytomniła sobie, że wypowiedziała te słowa na głos. Nie miała nawet pewności, czy przypadkiem nie weszła Bloodwell w sam środek wypowiedzi. Jeśli miała być ze sobą szczera, nie obchodziło jej to.
– Ty? – zapytała kobieta i przez moment wydała się przede wszystkim zaskoczona. – Absolutnie nic.
– Ale…
Bloodwell westchnęła.
– To historia, na dodatek niepełna. Chociaż nie wątpię, że Shadow… – Urwała, jakby w obawie, że powie za dużo. – Zresztą to coś, w co od dawna nie wierzę.
– Poddałaś się? – zapytała z niedowierzaniem Angel. – Po tym, co mi powiedziałaś? Więc dlaczego w ogóle chciałaś, żebym tutaj przyszła? Ja…
– Ponieważ mnie szukałaś – padło w odpowiedzi. – I chciałam upewnić się, że pierwsze wrażenie było mylne. Może niepotrzebnie przeciągam tę agonię, skoro anioł, na którego wszyscy czekali, rozpadł się dawno temu.
– Ja przecież…
– Jesteś niepełna, Angel. Odciągnięcie cię od Shadowa było najlepszym, co mogłam zrobić, ale przecież czuję, że w dużej mierze i tak należysz od niego. – Tym razem głos Bloodwell zabrzmiał łagodnie i niemalże troskliwie. – Gdybym wiedziała o tobie wcześniej, może byłoby inaczej, ale teraz…
– Nie jestem niczyją własnością!
Kobieta natychmiast zamilkła, już tylko biernie ją obserwując. Wyraz jej twarzy nie zmienił się nawet wtedy, gdy Angel podniosła głos – tak po prostu, po raz kolejny robiąc coś, nad czym nie miała kontroli. Okazywanie emocji, choćby tylko tych negatywnych, okazało się zaskakująco proste, choć zarazem miała wrażenie, że nie robiła tego od bardzo dawna.
Cisza dzwoniła jej w uszach. Oddychała szybko i płytko, czując się tak, jakby chwilę wcześniej przebiegła maraton. Mrowienie na skórze nie ustępowało, jednak nieprzyjemne wrażenie zeszło gdzieś na dalszy plan, nagle mało istotne.
– Mówiłaś o… tej dziewczynie – zaczęła raz jeszcze, bezskutecznie próbując zachować spokój. Głos mimo wszystko jej zadrżał, gdy przymusiła się do wypowiedzenia kolejnych słów. – O… Negatywie – podjęła, choć nazywanie w ten sposób dziwnej zjawy z okolicy podziemi wydało jej się co najmniej nienaturalne. Musiała mieć jakieś imię, prawda? – Mamy do niej dotrzeć przed Shadowem, tak? Jak na kogoś, kto nie wierzy, wydajesz się mieć plan.
– To nie plan. Raczej desperacja – stwierdziła z rezerwą Bloodwell.
Nie uwierzyła jej. Nie potrafiła, z uporem odsuwając od siebie myśl o tym, że mogłaby przybyć spóźniona. Cokolwiek to oznaczało.
– Ona była taka jak ja? W niej też widziałaś… anioła? – zapytała, decydując się na bezpośredniość.
Brwi Bloodwell powędrowały ku górze.
– Kto powiedział, że w tobie go dostrzegam? Ile prawdy jest w twoim imieniu, pamiętasz? – dodała, a Angel mimowolnie się skrzywiła. – Powiedziałam ci już, że jesteś niepełna. A ona… Ona też była. Nie zdążyłam jej uratować, tak jak i…
– Ja tutaj jestem.
Kobieta spojrzała na nią dziwnie, ale przynajmniej zamilkła. Znów wydała się Angel co najmniej nienaturalna – zbyt wyniosła, milcząca i piękna w ten dziwny, przyprawiający o dreszcze sposób. Gdzieś w pamięci wciąż miała słowa Shadowa, ale już nie potrafiła w nie uwierzyć. Jak na kogoś, kogo miałaby się obawiać, Bloodwell wydawała się w jakiś pokrętny sposób ludzka – i to pomimo tego, że raz po raz podkreślała swoją obojętność. Jak ktoś, kto nie czuł niczego, mógł zachowywać się, jakby mu nie zależało?
Dlaczego czuję, że ciebie też skrzywdził?, pomyślała w oszołomieniu. Co tobie odebrał Shadow…?
Potrząsnęła głową, bezskutecznie próbując zebrać myśli. Rozmowa z Bloodwell była wyzwaniem, zresztą wciąż więcej komplikowała, nie przynosząc żadnych odpowiedzi. Przeciwnie – wiązała się przede wszystkim z frustracją, dziwnymi historiami i niedopowiedzeniami, które okazały się gorsze od wymownego milczenia Shadowa. Miała wrażenie, że Bloodwell z nią igrała, niepotrzebnie klucząc, zamiast postawić sprawę jasno.
Tyle że Angel z jakiegoś powodu jej ufała. Co więcej, wcale się nie bała, wciąż mając wrażenie, że przybyła do właściwej osoby. Obserwowała tę kobietę – piękną i przerażającą zarazem – wcale nie czując przy tym strachu czy wątpliwości. Wcześniejsze poczucie tego, że miała przed sobą kogoś nieludzkiego, tak po prostu zniknęło, pozostawiając po sobie współczucie. To ją zaskoczyło, ale nie miała innego wyboru jak tylko przyznać przed samą sobą, że właśnie tego doświadczała.
Było jej żal Bloodwell – tak po prostu, choć nie rozumiała dlaczego. Może chodziło o ten brak wiary albo to, że sama wcześniej była gotowa uznać ją za kogoś bez emocji, kogo nie dało się darzyć sympatią, ale mimo wszystko…
A potem do niej dotarło.
W tym wszystkim chodziło przede wszystkim o samotność. Od tej kobiety dosłownie biła, choć Angel wątpiła, by Bloodwell ot tak się do tego przyznała. Była sama, pozbawiona wiary i nadziei, a jednak wciąż wydawała się szukać rozwiązania, czymkolwiek by ono nie było. Goniła za czymś, co sama wydawała się traktować jak sen i co niosło ze sobą wyłącznie rozczarowania.
Byłam jednym z nich, uświadomiła sobie i to wystarczyło, by znów przyprawić ją o dreszcze. Czy cokolwiek zmieniło się pod tym względem…?
– Dlaczego?
Zamrugała, w oszołomieniu spoglądając na swoją rozmówczynię. W pierwszym odruchu zapragnęła zapytać, co ta tak naprawdę miała na myśli, ale przecież wiedziała.
Poruszając się trochę jak w transie, wsunęła dłoń do kieszeni. Przez myśl przeszło jej, że to, co wydarzyło się w domu, mogło być wyłącznie wytworem jej wyobraźni i różane płatki, które przymusiły ją do podjęcia decyzji, po prostu zniknęły, ale nic podobnego nie miało miejsca. Z bijącym serce wydobyła pomiętą, ale jakimś cudem wciąż całą część kwiecia, po czym ostrożnie podsunęła ją Bloodwell. Sama nie była pewna, co chciała w ten sposób wyjaśnić, ale nie dbała o to. Nie potrafiła się nawet przejąć myślą, że z perspektywy kobiety to musiało wydawać się niedorzeczne – odpowiedź, która w gruncie rzeczy taka była i która nie znaczyła niczego.
– Ach…
Angel nie zaprotestowała, kiedy jej rozmówczyni wyjęła jej płatek z ręki. Ujęła go zaskakująco delikatnie, niemalże z czułością przesuwając kciukiem po pomarszczonej powierzchni.
– Znalazłam go… Cóż, znalazłam ich kilka – zaczęła raz jeszcze, w pośpiechu wyrzucając z siebie kolejne słowa. – Może tracę zmysły, ale leżały rozsypane po całym korytarzu. I prowadziły do…
– Mów dalej – ponagliła kobieta, wyczuwając pobrzmiewające w głosie Angel wahanie.
Jej własny nie wyrażał żadnych emocji. Nawet jeśli wątpiła, nie dała niczego po sobie poznać. W zamian wciąż tkwiła w miejscu, uważnie przypatrując się spoczywającemu na jej dłoni płatku.
– Prowadziły do jednego z pokoi w domu Shadowa. Było kilka sypialni, wszystkie zamknięte… I może tak było lepiej, bo mnie niepokoiły. – Machinalnie objęła się ramionami. – Widywałam tam dziwne rzeczy.
– Ten dom nigdy nie należał do Shadowa – ucięła chłodno Bloodwell.
Nawet słowem nie skomentowała tego, co powiedziała jej Angel. Nie wydawała się jakkolwiek zaskoczona, zupełnie jakby wzmianka o pokojach nie miała w sobie niczego dziwnego.
– W porządku – zgodziła się niechętnie. Kolejny raz mogła co najwyżej zgadywać, co takiego wiedziała ta kobieta. – Widziałam ich więcej – dodała, kiwając głową w stronę płatka. – Chociaż sama nie wiem… No i widziałam napis.
– Napis…
Angel skinęła głową.
– Na drzwiach. „Ona wie” – zacytowała i to wystarczyło, by poczuła się jeszcze dziwniej. Nie sądziła, że komukolwiek o tym opowie, nie wspominając o tym, że wyjaśnienia z każdą kolejną sekundą brzmiały jak całkowite szaleństwo. – Pomyślałam o tobie, bo…
– Och, to miłe. – Na ustach Bloodwell pojawił się nieco gorzki uśmiech. – Przynajmniej o mnie ktoś pamięta… Nawet jeśli moje imię kojarzy mu się z krwią – dodała, kolejny raz trafiając w sedno.
Angel poczuła, że się rumieni. Znów zapragnęła zaprotestować, ale nie zrobiła tego, w zamian wbijając wzrok w podłogę. Prawda była taka, że imię Bloodwell niezmiennie kojarzyło jej się z krwią – tak jak i jej uroda, atmosfera, jaką wokół siebie roztaczała, czy też znów to, w jaki sposób prezentowała się w blasku wiecznego zmierzchu.
Czekała, jednak nic nie wskazywało na to, by jej towarzyszka poczuła się jakkolwiek urażona. Przeciwnie – wciąż stała, pozornie obojętna i chłodna, ale coś zmieniło się w sposobie, w jaki się uśmiechała. Było coś szczerego w tym geście, nawet jeśli Angel wciąż dopatrywała się w nim przede wszystkim goryczy.
– Może coś w tym jest – stwierdziła w zamyśleniu, wydając się zwracać bardziej do siebie niż kogokolwiek innego. Raz jeszcze spojrzała na różany płatek. – Nie we krwi, ale róży. To piękne kwiaty, o ile obserwować je z daleka… No i tak szybko usychają.
Jeszcze kiedy mówiła, spuściła głowę. Srebrzyste włosy opadły jej na twarz, częściowo ją przysłaniając. Angel milczała, po prostu obserwując i czekając na rozwój wypadków. Co prawda miała ochotę porządnie potrząsnąć Bloodwell i wymusić na nie jakiekolwiek konkretne działanie, ale powstrzymała się, mimo wszystko woląc nie ryzykować.
Prawda była taka, że ta kobieta faktycznie przypominała różę – zbyt piękną, doskonałą i taką, której lepiej było nie ruszać, by przypadkiem się nie poranić.
Bloodwell wyprostowała się w pośpiechu, jak gdyby nigdy nic otrząsając z wcześniejszego oszołomienia. Wciąż ściskała w dłoni płatek róży, niczym jakiś amulet albo największy skarb, który pragnęła chronić.
Do czasu.
– Poszukajmy Negatywu. Niczego ci nie obiecam, ale skoro tu jesteś, nie mogłabym tak po prostu kazać ci odejść. – Jeszcze kiedy mówiła, tak po prostu poluzowała uścisk, pozwalając płatkowi opaść na ziemię. Zwłaszcza w panującym na strychu półmroku, czerwony punkcik kojarzył się Angel z kroplą krwi. – Jeszcze nie zwiędłam. Skoro nawet ten dom mnie pamięta… Ale tam stało się coś jeszcze, prawda? – zapytała wprost, spoglądając wprost w bladą twarz stojącej przed nią dziewczyny. – Opowiesz mi o pokojach po drodze. Tylko skup się, bo to ważne.
Wraz z tymi słowami szybkim krokiem ruszyła ku drzwiom. Angel w oszołomieniu odprowadziła ją wzrokiem, wciąż czując się tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją czymś ciężkim po głowie. „Co znaczy, że dom cię pamięta?!” – cisnęło jej się na usta, ale nie zadała tego pytania na głos. Mogła się założyć, że i tak nie otrzymałaby odpowiedzi.
Wiedziała za to jedno. Co prawda nie miała pewności kiedy i jak, ale nagle nabrała pewności, że ta kobieta musiała znajdować się na jej miejscu. Kto wie, może nawet poruszała się po tych samych pokojach, wpatrzona w Shadowa jak w obrazek i…
Przestań, nakazała sobie stanowczo.
Tyle że niemyślenie o skrytym pod kapturem niepokojącym mężczyźnie, u którego boku przez tyle czasu szukała bezpieczeństwa, okazało się niemożliwe.
Wciąż milcząc, Angel pozwoliła wyprowadzić się z mieszkania. Nie była zaskoczona, kiedy okazało się, że po drugiej stronie drzwi czekała najzwyklejsza w świecie klatka schodowa – żadnego mroku, pustki ani innych niepokojących rzeczy. Wszystko wróciło do normy, o ile w świecie, który w każdej chwili mogła pochłonąć wieczna noc, pojęcie to miało jakąkolwiek rację bytu.
Westchnęła w duchu. Może powinna się bać, ale nie potrafiła.
Prawda była taka, że pierwszy raz nie czuła się samotna. I choć nie była w stanie stwierdzić, czy jej decyzja miała okazać się słuszna, w tamtej chwili ufała Bloodwell bardziej niż sobie samej.
Dzień dobry! Rozdział bez większych niespodzianek z terminami, co bardzo mnie cieszy. No i może w końcu cokolwiek się rozjaśni albo… Hm, to może być jeszcze większa zmyłka. W końcu ten pomysł wydaje się tak cudownie prostu…
Jak zwykle dziękuję za obecność. Całość pozostawiam do Waszej oceny. I cóż, do napisania wkrótce, mam nadzieję!
A dzisiejszy wpis w całości sponsoruje cudowny soundtrack do „Lucyfera”.

22 kwietnia 2019

Rozdział XXI


Jej kroki wydawały się nienaturalnie głośne. Rozchodziły się echem po małej, pogrążonej w mroku klatce schodowej, skutecznie przyprawiając Angel o dreszcze. Raz po raz wodziła wzrokiem dookoła, w ciemnościach próbując wypatrzeć ewentualnego intruza, ale wszystko wskazywało na to, że była sama. Nie widziała ani dziewczynki, która doprowadziła ją aż do tego miejsca, ani Bloodwell czy kogokolwiek innego. W gruncie rzeczy nawet nie wyobrażała sobie, że kobieta, z którą miała się spotkać, mogła pojawić się akurat tutaj.
Stopnie zaskrzypiały pod jej stopami, gdy z wolna ruszyła na górę. Stawiała kolejne kroki powoli i z rozwagą, zupełnie jakby drewniane schody w każdej chwili mogły się pod nią zarwać. Z jakiegoś powodu tak się czuła – jak ktoś, kto stąpał po cienkim lodzie, aż prosząc się o nieszczęście. To, że w ciemnościach widziała niewiele, nie pomagało.
Zacisnęła powieki, choć wcale nie poczuła się dzięki temu lepiej. Chciała zaufać sobie, ale nie potrafiła – nie w takim stopniu, jak mogłaby tego oczekiwać. Choć dotarła aż do tego miejsca, wciąż miała wątpliwości. Ta świadomość doprowadzała dziewczynę do szału, zwłaszcza że jakaś jej cząstka chciała po prostu ruszyć przed siebie i pozwolić, by zadziało się wszystko to, co powinno. Konsekwencje przecież nie były ważne i liczyła się z tym od momentu, w którym zdecydowała się uciec od Shadowa.
Gdyby była dość silna…
Zacisnęła dłonie w pięści – tylko na chwilę, po prawie natychmiast przeniosła jedną na poręcz. Nie dając sobie czasu na dalsze wątpliwości, weszła jeszcze wyżej – krok za krokiem, nie zamierzając czekać aż znów stchórzy. Była tutaj, tak? Za daleko zaszła, by teraz stchórzyć.
Mimo wszystko czuła się dziwnie, wciąż mając wrażenie, że w którymś momencie coś pójdzie nie tak. Że spadnie, jakkolwiek miałoby do tego dojść na tych schodach. Z każdym krokiem spodziewała się pustki – tego dziwnego, nieprzyjemnego wrażenia, które towarzyszyły człowiekowi, kiedy próbował wejść na kolejny, w rzeczywistości nieistniejący stopień.
Nie miała pewności, co ją podkusiło, by otworzyć oczy. Kiedy się na to zdobyła, odkryła, że dotarła na szczyt, zatrzymując tuż przed zamkniętymi drzwiami. Nerwowo obejrzała się przez ramię, co najmniej zaskoczona własnym wyczuciem. Z jakiegoś powodu wiedziała, kiedy się zatrzymać, choć nie to było w tym wszystkim najdziwniejsze. O wiele bardziej zaskakujące okazało się to, że w całym budynku najwyraźniej znajdowały się tylko jedne drzwi. To i schody – nic ponadto, choć Angel sądziła, że znalazła się wewnątrz kamieniczki. Szukała jakiegokolwiek korytarza, innych mieszkań albo choćby okna, ale nic podobnego nie miało miejsca.
Tylko te drzwi u szczytu schodów, których stopnie z jakiegoś powodu wciąż ją niepokoiły. Czuła się, jakby jednak mogła spaść – zatoczyć w tył i stoczyć na sam dół, gdyby tylko spróbowała sięgnąć celu. Nie miało nawet znaczenia to, że wejście znajdowało się tuż na wyciągnięcie ręki.
Weź się w garść!, warknęła na siebie w duchu.
Nie obejrzała się, choć miała taką ochotę. Jak wysoko weszła? Nie kontrolowała tego, ale nagle naszło ją irracjonalne wrażenie, że gdyby obejrzała się przez ramię, zobaczyłaby wyłącznie pustkę. To nie miało sensu, ale choć Angel doskonale zdawała sobie z tego sprawę, nie potrafiła ot tak przyjąć tego do świadomości. W gruncie rzeczy od chwili przebudzenia w tym dziwnym świecie nie ufała ani sobie, ani nikomu innemu.
Sama nie była pewna, czego się spodziewała, kiedy w końcu odważyła się nacisnąć klamkę. Na pewno nie tego, że drzwi ot tak ustąpił, pozwalając jej wkroczyć do pogrążonego w ciemnościach pomieszczenia.
Ze świstem wypuściła powietrze. Serce tłukło jej się w piersi, waląc szybciej i mocniej niż mogłaby się spodziewać. Wrażenie było takie, jakby nieszczęsny narząd chciał wyrwać się na zewnątrz i jednak uciec. Angel skrzywiła się, wciąż ogarnięta strachem, choć ten wydawał się irracjonalny. Nawet słabość, która ogarnęła ją, kiedy błądziła po lesie, a tym bardziej spotkanie z Negatywem, nie wzbudziło w niej tak wielu wątpliwości.
– Jesteś.
Wzdrygnęła się słysząc znajomy, wyprany z jakichkolwiek emocji głos. Coś poruszyło się w ciemnościach, a potem tuż przed nią dosłownie zmaterializowała się Bloodwell. Kobieta spokojnie stała, wydając się wręcz jaśnieć w ciemnościach – piękna, nienaturalnie blada i jasnowłosa. Niebieskie, przypominające lód oczy wydawały się wręcz przenikać Angel na wskroś, sprawiając, że dziewczyna momentalnie zapragnęła się wycofać.
Przełknęła z trudem, próbując się uspokoić. Sama tutaj przyszła, na dodatek w konkretnym celu. Już miała okazję poznać Bloodwell, a skoro tak…
– Szukałam cię – oznajmiła, decydując się postawić sprawę jasno. – Ja…
– Tak, Angel?
Jej imię w ustach kobiety zabrzmiało dziwnie, co najmniej jak kpina – zupełnie inaczej niż wtedy, gdy wypowiadał je Shadow. Dziewczyna z trudem powstrzymała dreszcz, ostatecznie ograniczając się do ucieknięcia wzrokiem gdzieś w bok. Chciała tego czy nie, nie potrafiła patrzeć Bloodwell w oczy.
Co wiesz?, przeszło jej przez myśl. Co wiesz… o mnie?
Dlaczego miała wrażenie, że odpowiedź na to pytanie wytrąciłaby ją z równowagi? Jeśli Shadow ją okłamywał, ona mogła znać prawdę, ale…
– Przyprowadziła mnie tutaj dziewczynka – zaczęła, w pośpiechu wyrzucając z siebie kolejne słowa. – Ta, której pomogłam na placu. Powiedziała…
Urwała, bowiem cudze palce bez jakiegokolwiek ostrzeżenia musnęły jej policzek. Odskoczyła jak oparzona, zataczając się na zamknięte drzwi i rozszerzonymi oczyma spoglądając na Bloodwell. Nie zarejestrowała momentu, w którym kobieta pokonała dzielącą ich odległość, dosłownie materializując się tuż przed nią. Jej twarz wciąż nie wyrażała żadnych emocji, kiedy tak po prostu przesuwała palcami po policzku Angel, bynajmniej niezrażona tym, że ta mogłaby przed nią uciekać.
– I ja się z tym czujesz? – zapytała nieoczekiwanie, zatrzymując palce dokładnie w miejscu, w którym znajdowała się wciąż nie do końca zagojona szrama po uderzeniu. O dziwo nie zabolało, zwłaszcza że palce kobiety okazały się przyjemnie chłodne.
– Z czym?
Bloodwell wydęła usta.
– Z tym, co zrobiłaś. Zareagowałaś – wyjaśniła usłużnie. – A teraz tutaj jesteś… Może pomyliłam się co do ciebie.
Nawet jeśli to było komplement, wcale nie zabrzmiał szczególnie zachęcająco. Angel była gotowa przysiąc, że Bloodwell nie była osobą, która przywykła do mówienia innym miłych rzeczy. I choć to by znaczyło, że powinna poczuć się wyróżniona, wciąż mogła myśleć co najwyżej o tym, by zniknąć kobiecie z oczu – i to najlepiej tak szybko, jak tylko byłoby to możliwe.
– Chodziło o dziecko – powiedziała w końcu. – Nie mogłam tak po prostu się przyglądać.
– Dlaczego nie? Nawet nie chcesz tutaj być. – Bloodwell parsknęła pozbawionym wesołości śmiechem. – Czemu przyszłaś? Teraz chcesz pomocy?
– A co jeśli tak? – wypaliła, zanim zdążyła ugryźć się w język.
Naprawdę zaczynała mieć tego dość. Dobry Boże, zdecydowała się na coś, co na dłuższą metę wciąż wydawało się szalone. Nadal pamiętała, co o tej kobiecie powiedział Shadow i choć miała dość powodów, by mu nie ufać, nie potrafiła pozbyć się wspomnienia jego słów. To wszystko wydawało się do tego stopnia skomplikowane i niepokojące…
A Bloodwell ją przerażała – tą obojętnością, wyniosłością… Tym lodowatym pięknem od którego pragnęło się uciec.
– Zapytam co się zmieniło – wyjaśniła ze spokojem kobieta. Tym razem jej głos zabrzmiał wręcz zaskakująco łagodnie, niemal troskliwie. – Sądziłam, że wybrałaś na placu. Bezpieczne cienie zamiast prawdy.
– Skąd mam wiedzieć, że akurat ty mówisz prawdę?
Coś ścisnęło ją w gardle, ledwo tylko wypowiedziała te słowa. Wrażenie stąpania po cienkim lodzie wróciło, choć tym razem możliwość upadku zdecydowanie nie wiązała się z faktycznie zbyt pochopnie postawionym krokiem. Angel miała wrażenie, że rozmowa z Bloodwell polegała dokładnie na tym samym, co wcześniej wspominanie się po schodach – i że w każdej chwili mogłaby tego spotkania pożałować.
Czekała, niemalże spodziewając się, że kobieta przed nią wpadnie w gniew. Z łatwością mogła sobie tego wyobrazić, w gruncie rzeczy nie potrafiąc przyjąć do wiadomości tego, że ta istota mogłaby poczuć cokolwiek innego. O ile czuła cokolwiek, a już zwłaszcza pozytywne emocje, chociaż…
– Spójrz na mnie.
To krótkie polecenie wystarczyło, by wytrącić Angel z równowagi. Dziewczyna zesztywniała, przez moment czując się co najmniej tak, jakby ktoś próbował ją uderzyć. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc, już nawet nie próbując ukrywać tego, że mogłaby się bać. Świadoma wyłącznie tego, że nagle zrobiło jej się gorąco, przez dłuższą chwilę walczyła ze sobą, nie będąc w stanie tak po prostu podporządkować się poleceniu.
Miała wrażenie, że minęła cała wieczność, zanim w końcu uniosła głowę. Z jakiegoś powodu Bloodwell nie poganiała jej, cierpliwie czekając i nawet słowem nie komentując tego, że Angel mogłaby zwlekać ze spojrzeniem jej w twarz. Ta wciąż porażała pięknem i obojętnością, w równym stopniu zachwycająca, co i odpychająca.
– W jaki sposób się tutaj dostałaś? – odezwała się ponownie kobieta. Starannie wypowiadała kolejne słowa, wciąż przy tym lustrując twarz Angel wzrokiem. – Przyprowadziła cię dziewczynka, ale to miejsce… Trzeba czegoś więcej niż chęci, by dostać się tutaj.
– Nie rozumiem…
Kobieta westchnęła.
– Naturalnie. Ale zastanów się i mi odpowiedz – nie dawała za wygraną. – Jak weszłaś po tych schodach.
Brwi Angel powędrowały ku górze. Na moment strach zniknął, skutecznie wyparty przez dezorientację i… frustrację. Dokąd niby prowadziła ta rozmowa?
– Chciałam – powiedziała w końcu. – To nie ma sensu. Chciałam, więc przyszłam, ale…
– Więc inaczej – zniecierpliwiła się Bloodwell. Dotychczas idealną, nieskazitelną twarz wykrzywił grymas niezadowolenia. – Skąd wiedziałaś, że nie spadniesz?
To pytanie również było dziwne, ale o wiele bardziej oszołomiło Angel to, że jej rozmówczyni trafiła w sedno, jakimś cudem pytając o coś, co ją samą dręczyło od dłuższego czasu. Skąd…?, przeszło jej przez myśl, ale tak naprawdę wcale nie chciała poznać odpowiedzi na to pytanie.
Nie chciała bardzo wielu rzeczy.
– Ja… Rany, nie wiedziałam! – jęknęła, nagle tracąc cierpliwość i panowanie nad głosem. Poczuła się dziwnie, kiedy tak po prostu podniosła ton przy Bloodwell, ale nawet to nie powstrzymało jej przed tym, by mówić dalej. – Chciałam tu przyjść, więc przyszłam. Musiałam… zaufać – dodała, nagle uprzytomniając sobie, że to prawda.
Bloodwell w zamyśleniu skinęła głową. Wycofała się, wciąż z uwagą przypatrując swojemu gościowi.
– Więc w tym rzecz – wyjaśniła i zabrzmiało to niemal łagodnie. – Tak samo musisz zaufać, że ja cię nie okłamuję… Chyba że to jednak Shadow mówi prawdę – dodała, a do jej głosu wkradła się gorycz. Angel zamrugała, coraz bardziej oszołomiona. – To twój wybór. Dość naturalny, bo domyślam się, co ci o mnie powiedział.
– A ile w tym prawdy? – zaryzykowała, choć wciąż miała wrażenie, że za którymś razem jednak powie o słowo za dużo.
Błękitne oczy miały w sobie coś nienaturalnie przenikliwego.
– A ile prawdy jest w twoim imieniu, Angel?
Zacisnęła usta. Frustracja wróciła i to ze zdwojoną siłą, skutecznie przysłaniając lęk. Chociaż jakaś jej cząstka wciąż obawiała się Bloodwell, a w pamięci nadal miała wszystko to, co powiedział o kobiecie Shadow, łatwiej było jej zapanować nad lękiem. W zamian czuła się coraz bardziej rozdrażniona kierunkiem, który przybrała rozmowa, zwłaszcza że ta wydawała się prowadzić donikąd.
Na ustach obserwującej ją kobiety pojawił się nikły, pozbawiony wesołości uśmiech.
– Więc? – zapytała wprost. – To wcale nie jest takie trudne.
Angel puściła jej słowa mimo uszu. Nie chciała się nad tym zastanawiać, w gruncie rzeczy pragnąc już tylko jednego.
– Prawda – przypomniała cicho. – Powiedziałaś, że wszystko mi wyjaśnisz, więc…
– Kiedy? – przerwała kobieta. Tym razem jej głos zabrzmiał niemalże łagodnie. – Niczego takiego nie obiecywałam. Stwierdziłam jedynie, że dokonałaś wyboru na placu.
– Ale teraz jestem tutaj!
Było coś desperackiego w sposobie, w jaki wypowiedziała te słowa. Myśl o tym, że być może traciła czas, ją przerażała – i to zwłaszcza po wszystkim, co Bloodwell powiedziała na temat zaufania. Jeśli wszystko to, co zrobiła, okazałoby się stratą czasu…
Miała wrażenie, że jej rozmówczyni milczała przez całą wieczność.
– To prawda – przyznała w końcu. – I chyba powinnam się tego cieszyć, ale nie potrafię. Nadzieję straciłam już dawno temu.
– Nadzieję na co? – nie dawała za wygraną Angel. Sęk w tym, że sama nie była pewna, czy chciała wiedzieć akurat o.
Bloodwell wzruszyła ramionami.
– Na świt – wyjaśniła ze spokojem. – Pamiętasz? Nigdy więcej poranka…
– Wciąż tego nie rozumiem.
Mętlik w głowie przybrał na sile. Spoglądała na Bloodwell wyczekująco, po wyrazie twarzy kobiety próbując zrozumieć, z czym tak naprawdę miała do czynienia. Już nie myślała o tym, że została sama z kimś, komu tak naprawdę nie potrafiła zaufać. Cóż, nie bardziej niż Shadowowi, a to o czymś świadczyło. Jakby tego było mało, wciąż trwały w tym dziwnym, pozbawionym światła miejscu, ale…
– Już nie pamiętam jak to było kiedyś – usłyszała i coś w tych słowach przyprawiło ją o dreszcze. Bloodwell zabrzmiała inaczej niż do tej pory, bardziej nostalgicznie, choć Angel nie sądziła, że stać ją na coś takiego. Jak na kogoś podobno wypranego z emocji, wydawała się zadziwiająco wręcz ludzka. – Nie potrafię już nawet docenić ostatnich promieni słońca, które przecież mamy na co dzień… A powinnam, skoro w każdej chwili mogą zniknąć.
– Zapadnie noc? – Angel z niedowierzaniem potrząsnęła głową. – Myślałam, że słońce jest nieruchome. Tak mi mówiliście: że zawsze trwa w jednej pozycji.
– To prawda. Na razie – padło w odpowiedzi. – A teraz pojawiłaś się ty… Ucieszyłabym się, gdyby nie to, że trwałaś u jego boku. Odeszliście razem.
– Shadow…
– Nie ufasz mu. Ani mnie… To wszystko zrozumiałe. – Bloodwell westchnęła przeciągle. – Tyle dobrego, że tutaj jesteś. Tyle że to wciąż za mało, Angel. Albo jest już za późno.
Nerwowo zacisnęła dłonie w pieści.
– Za późno na co?!
Samą siebie zaskoczyła tym, że podniosła głos. Również brwi obserwującej ją kobiety powędrowały ku górze, jakby w niedowierzaniu.
– Tyle gniewu – stwierdziła w zamyśleniu, bynajmniej nie sprawiając wrażenia urażonej takim stanem rzeczy. – Więc może jednak… Jesteś inna niż początkowo sądziłam. Na placu wydawałaś się martwa, ale martwi nie okazują emocji.
Zesztywniała, przez moment czując się co najmniej tak, jakby ktoś ją uderzył. Otworzyła i zaraz zamknęła usta, niezdolna wykrztusić z siebie chociażby słowa. Mocniej zacisnęła dłonie w pieści, gotowa przysiąc, że gdzieś po wewnętrznej stronie nadgarstków poczuła nieprzyjemne pieczenie. W pamięci Angel zamajaczył moment, w którym Shadow pierwszy raz w sugestywny sposób przesunął palcami po jej skórze – w jakże wymowny sposób, który…
Nawet jeśli Bloodwell zauważyła zmianę w jej zachowaniu, nie dała niczego po sobie poznać. W zamian jak gdyby nigdy nic mówiła dalej.
– Ten świat gaśnie. Obserwuję to tak długo, a jednak wciąż nie przywykłam do tej myśli. Wieczny zachód, bez szans na poranek… Gdyby chodziło tylko o to, może bym przywykła. Bo to jak równowaga, prawda? Rodzaj kompromisu, na który wszyscy się zgodziliśmy. – Kobieta zawahała się na dłuższą chwilę. – Tam gdzie pojawi się choć najsłabsze światło, zawitają również cienie. Podstępne zjawisko, nie uważasz? To tak naturalne, że… przestajesz zwracać na nie uwagę. Aż jest za późno.
Mogła tylko zgadywać, o czym mówiła Bloodwell. Pod względem wyjaśnień kobieta wydawała się jeszcze trudniejsza od Shadowa, który przynajmniej udawał, że zamierza cokolwiek wytłumaczyć. W gruncie rzeczy wymijające odpowiedzi były lepsze od kluczenia, a przynajmniej tak do tej pory sądziła Angel. Trwając w obojętności, która towarzyszyła jej przez tyle czasu, bardzo łatwo mogła znosić niedopowiedzenia i kłamstwa – po prostu godziła się na wszystko, nie widząc żadnego powodu, by chcieć walczyć.
Tyle że teraz było inaczej. Pragnęła zrozumieć, choćby tylko po to, by uniknąć rozczarowania związanego ze stratą czasu. Tak naprawdę wszystko w niej krzyczało, że to nie godziny spędzone na błądzeniu po lesie były najgorszym, czego mogłaby doświadczyć. Gdyby teraz się poddała, utraciłaby coś jeszcze…
Coś o wiele cenniejszego, choć nie potrafiła tego nazwać.
I mogła przysiąc, że Bloodwell doskonale wiedziała co to takiego.
Jakby tego było mało, Angel czuła, o czym tak naprawdę mówiła kobieta. Albo o kim, zwłaszcza że wzmianka o podstępnych cieniach nasunęła jej na myśl tylko jedno.
– Kim on jest? – zapytała wprost. – Czego tak naprawdę pragnie Shadow?
– A czy to ważne? – padło w odpowiedzi. Coś w tych słowach sprawiło, że dziewczyna momentalnie zapragnęła chwycić Bloodwell za ramiona i porządnie nią potrząsnąć. – Może tak będzie lepiej. Prędzej czy później musiało do tego dojść… Zapomnienie prędzej czy później dosięga każdego.
– Nie chcę tego – zaoponowała, ale czuła się przy tym trochę jak buntujące się dziecko, wymagające czegoś, czego i tak nie miało dostać. Bo jakie znaczenie tak naprawdę miało to, czego pragnęła?
– Ja również. Tyle że to za mało – stwierdziła Bloodwell. Brzmiała przede wszystkim na coraz bardziej zmęczoną. – Była kiedyś przed tobą dziewczyna… I w niej również pokładałam olbrzymie nadzieje. Na marne.
– Nie jestem nią.
O dziwo Bloodwell jedynie się uśmiechnęła – w ten sam smutny, wyraźnie wymuszony sposób.
– Może. Przekonajmy się – zaproponowała, jak gdyby nigdy nic odsuwając się o kilka kroków. Dopiero wtedy do Angel z całą mocą dotarło, że od dłuższego czasu tkwiła w miejscu, niespokojnie drżąc. – Pytaj więc. Wiem, że masz ochotę.
– Ja…
Zamrugała nieco nieprzytomnie, przez moment czując się tak, jakby ktoś zdzielił ją czymś ciężkim po głowie. Choć dopiero co na usta cisnęły jej się dziesiątki pytań, kiedy przyszło co do czego, nie była w stanie zadać żadnego z nich. W zamian po prostu stała, bezmyślnie wpatrując się w Bloodwell – i to tak długo, aż nienaturalnie piękna twarz kobiety zaczęła rozmazywać jej się przed oczami.
A potem wyrzuciła z siebie pierwsze słowa, które przyszły jej do głowy.
– Widziałam kogoś, kiedy szukałam drogi do miasta. Obok… tych dziwnych ruin, w których znalazł mnie Shadow.
Sądziła, że te słowa nie zrobią na jej rozmówczyni żadnego wrażenia. Spodziewała się obojętności albo jakiejkolwiek mało znaczącej odpowiedzi, która nie wyjaśniłaby absolutnie niczego. W gruncie rzeczy wszystko w niej aż krzyczało, że rozmowa i tak prowadziła donikąd, a ona jednak traciła czas.
Ale tym razem Bloodwell zareagowała. Jej oczy rozszerzyły się nieznacznie, chociaż Angel trudno było stwierdzić, co było tego przyczyną – wzmianka o intruzie czy może o podziemiach, do których wejście kryło się w samym środku lasu.
– Kto…?
– Nie wiem jak to opisać – przyznała z wahaniem Angel. – A może śniłam? Ona była… naprawdę dziwna. Była…n
Wzdrygnęła się, kiedy kobieta wyciągnęła ku niej rękę. Ostatecznie Bloodwell nie zdecydowała się jej dotknąć, ale coś  w sposobie, w jaki dosłownie przenikała Angel wzrokiem, skutecznie przyprawiło dziewczynę o dreszcze.
– Opowiedz mi – poleciła spiętym tonem.
Nawet gdyby chciała, nie potrafiłaby odmówić. Tak naprawdę nie chciała, myślami wciąż będąc przy dziwnym spotkaniu z istotą, której wciąż nie potrafiła nazwać.
– Wyglądała… jak w negatywnie. Czy to ma sens? Ona… po prostu tam była i…
– Negatyw… – powtórzyła Bloodwell. – Jesteś pewna? Widziałaś ją właśnie tam? – nie dawała za wygraną.
Angel się wzdrygnęła. Obserwując twarz stojącej tuż przed nią kobiety, skutecznie przypomniała sobie, dlaczego na samym początku ta wzbudzała w niej aż tak silne obawy.
– Znasz ją? Naprawdę tam była? – zapytała, ostrożnie dobierając słowa. – Myślałam, że… To było jak sen – przyznała w końcu. – Mogłam śnić…
Zamknęła oczy, choć w ciemnym pomieszczeniu nie robiło to żadnej różnicy. Myślami wciąż była przy dziewczynie z ruin – niepokojącej, o odwróconych kolorach i…
– To nie sen – doszedł ją cichy głos Bloodwell. – Ale raczej ktoś, o kim zapomniano już dawno temu. I lepiej dla nas, byśmy odszukały ją, zanim zrobi to Shadow.
Te słowa również nie wyjaśniały niczego, ale Angel i tak nie pozostało nic innego, jak tylko po raz kolejny zaufać.
Nie wiem, co tutaj się wydarzyło. Te wszystkie miesiące… Cóż, najważniejsze, że rozdział się pojawił. I to nic, że kolejny raz przegapiłam rocznicę – już trzecią – tego powiadania. W lutym. :’)
Wspominałam to nie raz, ale powtórzę: ta historia jest specyficzna. I chwilami zbyt ciężka dla mnie samej, ale jedno jest pewne – dokończę ją.
Dziękuję za obecność. Spóźnione, ale i tak wesołych świąt, kochani!