Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Faza V – Zaprzeczenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Faza V – Zaprzeczenie. Pokaż wszystkie posty

25 maja 2020

Rozdział XXX


Nieprzyjemny dreszcz przemknął wzdłuż jej kręgosłupa. Ten krzyk, ten głos… Znała go doskonale.
Negatyw.
Dostrzegła cień, który przemknął przez urodziwą twarz Bloodwell. W błękitnych oczach kobiety pojawiło się zwątpienie. To nie był strach – nie w pełnym znaczeniu tego słowa. Angel zrozumiała czające się w tym spojrzeniu zwątpienie lepiej niż mogłaby przypuszczać. Jeśli lodowata piękność czegokolwiek się obawiała, to wyłącznie tego, że kolejny raz mogłoby czekać ją rozczarowanie.
Przeze mnie. Bo będę za słaba.
Zacisnęła palce na materiale sukienki, nie dbając o to, czy ten przypadkiem nie okaże się gniotliwy. W następnej sekundzie – nie czekając na jakiekolwiek potwierdzenie czy wątpliwości – popędziła ku drzwiom. Bardziej wyczuła niż faktycznie zauważyła ruch za plecami, kiedy Bloodwell ruszyła za nią.
– Zostań tu – nakazała nieznoszącym sprzeciwu tonem.
Nie sprawdzała, czy kobieta usłucha. To w tamtej chwili nie było ważne. Przestało mieć znaczenie w chwili, w której zrozumiała jak bardzo zawiniła względem każdej z tych dziewczyn. Gdyby tylko była dość silna…
Ale może teraz była – ze wspomnieniem dziecięcego śmiechu, w tej pięknej, dodającej siły sukience…
Tyle że wciąż czegoś brakowało. Ta myśl dręczyła Angel na każdym kroku.
Rachel. Jestem…
Ale przecież nie była.
Jeszcze nie.
Korytarz wyglądał na opustoszały. Tyle wywnioskowała na pierwszy rzut oka, nerwowo wodząc wzrokiem na prawo i lewo. Powinna poczuć ulgę, kiedy przekonała się, że nigdzie nie było Shadowa, ale nic podobnego nie miało miejsca.
Dla pewności spojrzała ku sypialni, w której zostawiła dziewczynkę, ale drzwi były zamknięte. Nasłuchiwała, chcąc upewnić się, że mała przypadkiem się nie obudziła, jednak odpowiedziała jej wyłącznie głucha cisza. Krzyk urwał się równie nagle, co wcześniej go usłyszała – i właśnie to niepokoiło ją bardziej niż cokolwiek innego.
Właściwie sama nie byłą pewna, czego obawiała się bardziej. Myśl o tym, że coś złego spotkało jedną z jej towarzyszek, była przerażająca, ale nie tak jak inna, która niczym natrętny owad tłukła się w umyśle Angel. Jeśli kogoś tak naprawdę się bała, to samej Negatyw – tej samej, która okazała się zdolna do zepchnięcia jej ze schodów. Tej, która z takim przekonaniem twierdziła, że mogłaby zostać znienawidzona.
Znów zacisnęła palce na bokach sukienki. Nerwowo gniotła materiał, próbując zająć czymś dłonie i umysł, ale to nie działało. Odwlekanie tego, co nieuniknione, nie miało racji bytu.
Odwróciła się; powoli, z rozmysłem, jakby od samego początku wiedziała, gdzie powinna spojrzeć. Mimo wszystko coś ścisnęło ją w gardle, kiedy dostrzegła, że ostatnie drzwi w korytarzu były otwarte. Nie dotarła do nich. Nie zdążyła wetknąć klucza do zamka, a jednak…
Pęk, który podarował jej Shadow, został w sypialni Bloodwell, ale i bez oglądania go, Angel nagle nabrała pewności, że jednego klucza brakowała. Przeczucie było silne i na ułamek sekundy przysłoniło wszystko inne. Oczywiście, że ją oszukał – może i tylko tak, ale niczego innego się nie spodziewała. Jasne, że musiał zrobić coś, o co mogłaby mieć do niego pretensji.
Ale choć o tym myślała, nie mogła pozbyć się wrażenia, że oskarżenia pod adresem Shadowa były niewłaściwe. Czegokolwiek by mu nie zarzuciła, tego jednego nie powinna.
Zrozumiała w chwili, w której znalazła się na tyle blisko, by móc zacisnąć drżące palce na klamce. Otwierając drzwi na tyle szeroko, by móc dostrzec, co znajdowało się w środku, zarejestrowała jedną, pozornie nieznaczącą rzecz.
W tych drzwiach nie było otworu. Klucz nigdy nie istniał.
Zawiasy skrzypnęły, zwłaszcza w panującej ciszy brzmiąc niczym wystrzał armatni. Wzdłuż kręgosłupa Angel przemknął dreszcz, ale to okazało się niczym w porównaniu do chłodu, który poczuła, kiedy jej uszu dobiegł stłumiony szloch. Natychmiast rozpoznała głos Negatywu – przytłumiony, zmieniony, ale wciąż znajomy.
W chwili, w której stanęła w progu, zawodzenie znów zmieniło się we wrzask. Dopiero w momencie, w którym uszu dobiegł ją dźwięk tłuczonego szkła, do Angel w pełni dotarło na co patrzyła.
Pokój był inny niż te, które widziała wcześniej. W zasadzie w pierwszej chwili dziewczyna zwątpiła, czy znajdowało się w nim coś prócz napierającej ze wszystkich stron ciemności. Ani śladu okien, ani śladu mebli czy choćby łóżka, na którym ktokolwiek mógłby odpocząć. Wyłącznie mrok, równie nieprzenikniony jak i ten, który panował w podziemiach ruin. W tamtej chwili nawet krwisty blask wiecznego zachodu wydawał się najpiękniejszą perspektywą na świecie.
Angel zamrugała. Potrzebowała chwili, by zorientować się, że w pomieszczeniu jednak coś było. Nie od razu zarejestrowała lustra – wysokie, zajmujące każdy skrawek wolnej przestrzeni. Wtedy pojęła, że pokój równie dobrze mógłby być niewielki. Odbicia wystarczyły, by potęgować wrażenie, że czerń sięgała wszędzie, jakby nigdy się nie kończąc.
W samym środku znalazła się Negatyw. Stała zwrócona plecami do Angel, z poplątanymi włosami i drżącymi ramionami. Dziewczyna słyszała jej przyśpieszony oddech, tak urywany, że aż zmartwiła się, że w którymś momencie mógłby ustać. Sama Negatyw wyglądała niczym zjawa, skryta w mroku i zauważalna wyłącznie dzięki temu, że wciąż szlochała. Angel z obawą powiodła wzrokiem dookoła, niemalże spodziewając się dostrzec gdzieś w kącie Shadowa, ale szybko przekonała się, że poza nią w pomieszczeniu nie było nikogo więcej.
– Och, nie… nie, nie, nie…
Ledwo rozumiała poszczególne słowa. Szloch Negatyw nie przypominał czegoś, co mogłoby się wydobyć z gardła jakiegokolwiek człowieka. Angel wciąż nie miała pewności, czy kolejne jęki układały się w jakąś logiczna całość, ale co do jednego nie miała wątpliwości: każda kolejna sekunda sprawiała, że narastało w niej pragnienie, żeby wyjść. Jak najszybciej, póki jeszcze miała okazję.
Negatyw poruszyła się. Znów krzyknęła, bez jakiegokolwiek ostrzeżenia zginając się wpół. Chwyciła się za głowę, szarpiąc za włosy i wciąż płacząc – coraz bardziej rozdzierająco, aż szloch zaczął przypominać agonię. Oszołomiona, Angel instynktownie cofnęła się o krok, wciąż zaciskając drżące palce na klamce.
Ogłuszył ją huk roztrzaskiwanego szkła. To była zaledwie krótka chwila – ulotna niczym ostatni oddech, bowiem tylko tyle potrzebowała istota przed nią, by z pełnym gniewu wrzaskiem skoczyć przed siebie. Gołymi pięściami roztrzaskała lustro, pozwalając, by szklane odłamki posypały się na podłogę. Wtedy też do Angel dotarło, że resztki już tam leżały – i że  z każdym uderzeniem pojawiały się nowe, zupełnie jakby za jednym lustrem znajdowało się kolejne, kolejne i kolejne, przez co Negatyw mimo usilnych starań nie była w stanie zniszczyć wszystkich.
Uderzył ją ostry zapach krwi. Otrząsnęła się w chwili, w której kobieta ponownie się zamachnęła, z dzikim wrzaskiem szykując do kolejnego uderzenia.
– Nie! – zaoponowała Angel, w panice przestępując naprzód. – Nega…
Nie zdążyła dokończyć.
Drzwi zatrzasnęły się za jej plecami, ledwo tylko przekroczyła próg. Ledwo to zarejestrowała, całą sobą skupiona na tym, że wprost na niej spoczęły załzawione, niemalże całkowicie czarne oczy – upiorne, pozbawione białek.
A potem Negatyw z dzikim wrzaskiem rzuciła się w jej stronę.
Angel nie próbowała się bronić. Zabrakło jej tchu, kiedy obie wylądowały na posadzce – ona pod szlochającą kobietą. Również otworzyła usta, ale z jej własnych wydobyło się wyłącznie zaskoczone westchnienie, kiedy pojęła, że wciąż nie była w stanie zaczerpnąć powietrza.
Wtedy zrozumiała, że dłonie Negatywu z siłą imadła zacisnęły się na jej gardle.
Dusiła się, zdolna wyłącznie patrzeć na wykrzywioną twarz i te puste, całkowicie czarne oczy.
Dlaczego je widzę…?
To była dziwna myśl. Niewłaściwa, gdy patrzyło się w oczy własnej śmierci, nawet nie próbując walczyć o życie. A jednak to właśnie ten drobny szczegół pochłonął Angel bez reszty – to, że nawet w mroku tak wyraźnie widziała twarz Negatywu, zdolna przywołać każdy, najdrobniejszy szczegół. Jej spojrzenie, rysy twarzy, grymas… Wszystko. To i poczucie, że kobieta była o wiele bardziej znajoma, niż Angel miała odwagę przyznać.
Szarpnęła się, ale bynajmniej nie po to, by spróbować oswobodzić się z uścisku. Dłonie machinalnie zacisnęła na nadgarstkach duszących ją rąk, ale nie starała się ich odtrącić. W zamian uciekła wzrokiem gdzieś w bok, z trudem odwracając głowę, byleby tylko nie patrzeć w oczy pochylonej nad nią kobiety.
Coś innego przyciągnęło jej wzrok. Wtedy pierwszy raz dostrzegła świecę – jedyne źródło światła w całym pokoju. Płomień lśnił jasnym, równym blaskiem, rozpraszając mrok. Było w nim coś nadnaturalnego, a przynajmniej Angel była gotowa się założyć, że niewielki płomyczek nie powinien rzucać aż tak silnego światła, ale prawie natychmiast przestała o tym myśleć.
Brakowało jej tchu. Zakaszlała, mimowolnie próbując zaczerpnąć tchu, choć napierające na jej gardło dłonie skutecznie ją przed tym powstrzymywały. Zrobiło jej się niedobrze, choć nie była pewna dlaczego. W z trudem chwytanym powietrzu było coś niewłaściwego, ale…
Poczuła wilgoć na twarzy, ale tym razem nie były łzy. Dłoń ześlizgnęła się z nadgarstka Negatywu, kiedy Angel uniosła ją do twarzy, próbując otrzeć policzek. Zatrzymała ją w połowie drogi, uświadamiając sobie, że te również były wilgotne.
Krew.
Dłonie Negatywu całe były we wciąż sączącej się z poranionych nadgarstków krwi. Tyle wystarczyło, by również skóra po wewnętrznej stronie ramion Angel zapłonęła żywym ogniem.
Uścisk na gardle nagle zelżał, by ostatecznie ustąpić. W zamian dziewczyna poczuła ucisk na piersi, kiedy naparło na nią drżące, wstrząsane spazmami płaczu ciało. Do krwi dołączyły się łzy, gdy niedoszła oprawczyni nagle zamieniła się w żałośnie szlochającą, bezradną ofiarę.
Angel skuliła się pod nią, krztusząc ledwo co odzyskanym oddechem. Nie była w stanie się poruszyć. Obraz na moment zamazał jej się przed oczami, ale nawet wtedy spoglądała przed siebie – wprost na jedną ze ścian, gdzie wciąż dostrzegała nieskazitelnie gładką powierzchnię.
Po podłodze walały się odłamki szkła, ale lustra wciąż pozostawały nienaruszone. Tlący się płomień świecy pozwalał dostrzec dość, żeby zrozumieć, choć jakaś cześć Angel wciąż nie chciała dopuścić tego, co podsuwały jej zmysły.
Zamknęła oczy, ale nawet wtedy pod powiekami widziała własne odbicie – ten pusty, obojętny wzrok, po stokroć gorszy niż spojrzenie, którym obdarowała ją Negatyw.
Okłamałam cię tak wiele razy…
Skłamała, kiedy ostatnim razem stała naprzeciwko tej kobiety, wmawiając sobie, że mogłaby uznać ją za cząstkę siebie. Zrobiła to po raz kolejny, prowadząc ją do tego domu i wmawiając sobie, że w końcu rozumie – i że mogłaby zaakceptować fakt, że są jednością.
Nie chciała jej. I nienawidziła tak bardzo…
Nadgarstki zapiekły mocniej. Gdzieś w umyśle zamajaczyło wspomnienie, wyraźniejsze niż jakiekolwiek inne i bardziej niepokojące. Pamiętała wyłożoną białymi kafelkami łazienkę i powoli napełniająca się wodą wannę. Pamiętała ciepło na skórze, kiedy wślizgiwała się do kąpieli, pragnąc rozluźnienia i choć chwili spokoju. Zwykłej kąpieli, innej niż prysznic, który brała tamtego wieczora.
A co stało się tamtego wieczora…?
Nie pamiętała. Nie chciała, ale…
Czerwona sukienka. Dłonie na jej biodrach…
Odrzuciła od siebie tę myśli. Mimo tego i tak widziała przed oczami płynący strumień, powoli napełniającą się wannę i…
To nie moja wina, pomyślała z mocą.
Wtedy wszystko ułożyło się w odpowiedni sposób, dokładnie tak, jak od samego początku powinno. Tak przynajmniej pomyślała, kiedy przed oczami stanął jej obraz nachylonej nad nią Negatyw – z obłędem w oczach, zaciskającą dłonie na jej gardle. Wtedy walczyła, rozchlapując wodę i do ostatniej chwili starając się bronić.
To Negatyw zadała pierwsze cięcie, naruszając skórę na nadgarstkach Angel i…
Obraz zaczął się zamazywać. Panika ustąpiła, pozwalając dziewczynie choć na moment odzyskać równowagę.
Tak, dokładnie tak. Gdyby nie ona, nie wylądowałaby tutaj. Gdyby nie Negatyw…
Okłamywanie samej siebie jest takie wygodne.
Angel otworzyła oczy. Rozszerzonymi tęczówkami spojrzała wprost na wtuloną w nią, szlochającą kobietę i w końcu dopuściła do siebie prawdę. Patrzyła na samą siebie – rozbitą, pogrążoną w rozpaczy i pełną gniewu, który przez tyle czasu od siebie odpychała. Tę samą, której tak nienawidziła, choć widziała ją niemalże za każdym razem, gdy spoglądała w lustro. Nienawidziła tak bardzo, że…
Obraz w jej głowie zmienił się, choć wcale tego nie chciała. Coś się zmieniło i nagle to nie ona walczyła z Negatywem, ale Negatyw z nią. To ona zaciskała dłonie na cudzej szyi, przyciskała ostrze do skóry i…
Krzyknęła – tylko raz, ale to wystarczyło. Jakimś cudem znalazła w sobie dość siły, żeby usiąść, przy okazji zrzucając z siebie cudze ciało. Chwyciła się za głowę, oddychając szybko i płytko, i raz po raz szarpiąc za włosy, zupełnie jakby chciała je wyrwać. Mętlik w głowie doprowadzał ją do szału, ale nawet to wydawało się lepsze od obrazu, który próbował wedrzeć się do jej podświadomości.
Trwała w bezruchu, kołysząc się w przód i w tył. Raz za razem, w kółko i w kółko. Tyle że ruch nie zmieniał niczego, a do Angel dotarło, że zabrnęła zbyt daleko, by móc dłużej okłamywać samą siebie.
Cisza dzwoniła jej w uszach. Zapach krwi przyprawiał o mdłości.
– Tak bardzo… mnie nienawidzisz?
Choć nie chciała, uniosła głowę. Negatyw klęczała tuż naprzeciwko niej, skulona i dziwnie odległa. Wciąż drżała, choć równie dobrze wrażenie to mogły potęgować wstrząsające Angel dreszcze.
Nie odezwała się nawet słowem. Bała się, że zwymiotuje, jeśli choćby tylko rozchyli usta.
Nie wiem. Nic już nie wiem…
– Odpowiedz mi – nie dawała za wygraną Negatyw. Jej spojrzenie wydawało się przenikać Angel na wskroś. – Czy tak bardzo…?
– Nie pamiętam, do jasnej cholery! – wybuchła.
Z jękiem zakryła uszy dłońmi, w dziecięcym odruchu broniąc się przed niewypowiedzianymi słowami. Trwała w ciemnościach, próbując ignorować towarzystwo osoby, która…
– Kłamiesz.
I tak to usłyszała. Tak wyraźnie, jakby Negatyw stała tuż obok, szepcąc jej wprost do ucha.
To krótkie stwierdzenie było niczym policzek.
Nie miała odwagi unieść głowy. Z uporem unikała spoglądania na Negatyw, choć dobrze wiedziała, że ta była gdzieś obok. Wciąż ją widziała – z szalonym spojrzeniem, wykrzywioną twarzą i… tak wielkim przerażeniem, kiedy to Angel bez cienia wahania próbowała pozbawić ją życia.
Jakiego życia…?, zadrwił cichy głosik w jej głowie. Miała wielką ochotę kazać mu się zamknąć, ale nie była w stanie.
Przed samą sobą nie było ucieczki. Demony dopadły ją nawet tutaj, nawet po tym wszystkim…
Wtedy zrozumiała, że to nigdy nie była wina Negatywu. Ani Shadowa, choć to stwierdzenie przyszło jej z trudem. Wszystko od samego początku sprowadzało się do niej. Na życzenie zagwarantowała wszystkim piekło, z którego nie potrafili uciec.
Odcięła się, rzucając w objęcia słodkiego zapomnienia. Tyle że to nie działało.
Półśrodki nigdy nie były skuteczne.
Nie pamiętam…
Ale kłamstwo również prowadziło donikąd.
Oddech zwolnił, choć nie od razu odzyskała właściwy rytm. W ciszy słyszała jeszcze jeden – urywane wdechy i wydechy, mogące należeć tylko do jednej osoby. Nie zarejestrowała momentu, w którym odnalazła ten sam rytm.
Obolałe ciało zaprotestowało, kiedy spróbowała się podnieść. Negatyw nie zaprotestowała, kiedy Angel dźwignęła się na nogi, by chwiejnym krokiem przejść przez pokój. Szkło zachrzęściło pod jej stopami, ale nie zwróciła na to uwagi. To przestało mieć jakiekolwiek znaczenie, zresztą jak i palenie skóry po wewnętrznej stronie nadgarstków.
Choć zwróciła się plecami do swojej towarzyszki, wciąż czuła jej obecność. Była pewna, że ta śledziła jej każdy krok.
Płomień świecy lśnił równie intensywnie, co wcześniej.
– Nienawidzę cię – usłyszała własny głos. Ledwo była w stanie go rozpoznać. – Tak bardzo nienawidzę…
Cień za jej plecami poruszył się. Tym razem Negatyw nie wydała z siebie nawet najcichszego jęku.
Angel tymczasem mówiła dalej.
– Nienawidzę cię tak bardzo, że… – Potrząsnęła głową. Ucisk w gardle przybrał na sile. – Nienawidzę siebie… To nie jest życie.
O tym myślała tamtego dnia. To powtarzała sobie, twierdząc, że czyni dobrze. W tym przekonaniu trwała, odkręcając wodę, wślizgując się do wanny i…
Siebie – powtórzyła Negatyw. – Powiedziałaś to głośno. Nienawidzisz… siebie.
– Chyba rozumiałam od chwili, w której nazwałaś nas jednością.
– Odcięłaś mnie. Zamknęłaś tutaj. – W głosie pobrzmiewał już nie tylko gniew, ale przede wszystkim gorycz. – Nie zrobiłam nic złego, a jednak…
Nie chciała słuchać. Nie chciała przyznać, że to prawda – że przez cały ten czas szukała usprawiedliwienia. Podobne zarzuty słyszała od Bloodwell, a nawet dziecka, ale żadne nie ubodły jej tak bardzo jak te. Bo niezależnie od tego jak bardzo pragnęła Negatywu nienawidzić i ignorować, to każde jej słowo docierało do niej z pełnią mocy.
Postać przybliżyła się. Angel była pewna, że jej drugie „ja” z łatwością mogłoby ją dotknąć.
– Wepchnęłaś mnie w szaleństwo, byleby pozostać nietkniętą. „Zapomniałaś” – rzuciła z drwiną Negatyw. – Oddałaś mi swój ból, gniew i nienawiść… Wszystko to, czego nie chciałaś. Ale to tak nie działa… Jak możesz wyczekiwać poranka, nie doznawszy nocy? Gdzie cię to zaprowadziło, co?
Nie odpowiedziała. Stała drżąca, oszołomiona i świadoma każdego kolejnego słowa, które padało z ust Negatywu. I całą sobą czuła, że ta miała rację.
Nie próbowała się odsuwać, kiedy na ramionach poczuła dłonie stojącej za nią kobiety. Jej dotyk był inny niż ten niechciany, który wciąż majaczył gdzieś w jej wspomnieniach.
– Jak on miał cię ocalić, skoro nie potrafisz pomóc samej sobie? – usłyszała tuż przy uchu.
Omal nie zakrztusiła się powietrzem. Zachwiała się, utrzymując równowagę wyłącznie dzięki obejmującym ją ramionom. Z jakiegoś powodu Negatyw nie pozwoliła jej upaść, choć z taką łatwością mogła po prostu się osunąć. Tyle że i to działo się gdzieś poza świadomością Angel.
W pamięci zamajaczyła jej para łagodnych zielonych oczu – innych niż te Shadowa. To i głos, który wydawała się znać, chociaż…
„Wróć do mnie”.
Gdyby tylko potrafiła…
Jej spojrzenie powędrowało ku świecy. Wciąż lśniła, rozświetlając pokój. Nie zachwiała się nawet na moment, jako jedyna rozpraszając nieprzeniknioną ciemność.
– Wyjdź – szepnęła drżącym głosem.
Negatyw drgnęła, wyraźnie zaskoczona. Angel wykorzystała chwilę jej nieuwagi, by oswobodzić się z jej uścisku.
– Co…?
– Wyjdź stąd – powtórzyła, nie odrywając wzroku od świecy. – To nigdy nie było twoje miejsce.
W lustrze dostrzegła szok, który odmalował się na twarzy Negatywu. Coś się zmieniło i to sprawiło, że w sercu dziewczyny pojawiło się ciepło – tylko na chwilę, ale to musiało wystarczyć.
Bez słowa przesunęła się bliżej świecy, by po chwili przykucnąć tuż przy niej. Jak urzeczona wpatrywała się w płomień, gotowa przysiąc, że rozpraszał wszystkie obawy. Przez chwilę myślała jasno – bez cienia gniewu czy strachu.
Pragnęła być jak ten płomień…
Pragnęła być dzielna – i choć raz postąpić słusznie.
Gdzieś za plecami usłyszała skrzypnięcie drzwi.
– Bądź szczęśliwa, Rachel – wyszeptała.
Wraz z tymi słowami zdmuchnęła świecę, by raz na zawsze pogrążyć się w ciemnościach.

14 maja 2020

Rozdział XXIX


Bloodwell milczała, ale to był inny rodzaj ciszy niż ten, do którego przywykła Angel. Nie czuła napięcia czy krępacji, choć właśnie te emocje wcześniej wywoływała u niej kobieta. Coś się zmieniło i chociaż wyczuwała, że do tego doszło już wcześniej, dopiero teraz kolejne zmiany nabrały dla niej kształtu. To, w jaki sposób wyglądała tą kobieta, również.
– Zasnęła – oznajmiła cicho Angel, przystając przy drzwiach. Wbiła wzrok w zamek, z łatwością ignorując przenikliwe spojrzenie lśniących, przypominających lód oczu. – Zdążyłam zapomnieć, jaka jest cudowna. Zapomniałam… wiele rzeczy.
Odpowiedziała jej cisza, ale zdążyła do niej przywyknąć. Trwały tuż obok siebie, ale Angel już nie czuła dystansu czy strachu. Wyłącznie niepisane porozumienie, tym intensywniejsze, im dłużej wpatrywała się w zamknięte drzwi do pokoju.
Bloodwell nie musiała o nic prosić. Kolejny raz wybranie właściwego klucza przyszło Angel z łatwością; wystarczyła chwila, by kolejny pokój stanął przed nią otworem. Nie była wcześniej w tej sypialni, ale i ona okazała się znajoma. Co więcej, to był ten sam pokój, przy którym znalazła różane płatki, które doprowadziły ją wprost do miasta.
Tą sypialnia była inną, choć patrząc na wystrój i panujący wewnątrz półmrok, Angel była gotowa przysiąc, że i w niej już kiedyś była. Pokój był piękny, choć o wiele ciemniejszy niż ten, w którym ułożyła do snu dziewczynkę. Blask wiecznego zmierzchu wpadał przez okno, nadając pomieszczeniu dziwną, na swój sposób intrygującą atmosferę. Angel momentalnie poczuła się nieswojo, ale jej towarzyszka wkroczyła do sypialni pewnym, energicznym krokiem.
– Mówisz o pamięci... – rzuciła jakby od niechcenia, wbijając wzrok w okno.
Jasne włosy zafalowały, kiedy odwróciła się, bez jakiegokolwiek ostrzeżenia zmieniając kierunek. Angel obserwowała ją, kiedy zaczęła krążyć po sypialni, jakby chcąc nauczyć się każdego szczegółu na pamięć. Z fascynacją śledziła każdy ruch, najdrobniejszy nawet gest – wszystkie pełne gracji, władczości i pewności siebie, których mógłby pozazdrościć Bloodwell nie jeden. Momentalnie przypomniała sobie pierwsze spotkanie z kobietą – na placu, całkiem niedawno, choć ten moment wydał się Angel dziwne odległy, niczym urywek z jakiegoś innego życia.
Bloodwell wydawała się nawet nie zdawać sobie sprawy z tego, jak wyglądała. Jej spojrzenie było nieobecne; twarz pozbawiona wyrazu. Znów przypominała porcelanową lalkę – piękną, ale pozbawioną życia.
Jej twarz złagodniała tylko nieznacznie, kiedy przesunęła palcami po zdobiącej łóżko, jedwabiście czarnej pościeli. Z gracją przysiadła na krawędzi materaca, łącząc kolana i poprawiając tren sukni, którą miała na sobie. Angel nagle nabrała przekonania, że gdyby otworzyła drzwi stojącej w kącie szafy, znalazłaby równie wiele cudownych stroi – w tym również tę matki, której nigdy nie miała odwagi ubrać.
– Jest tak wiele rzeczy, których ci zazdroszczę... – oznajmiła pod wpływem impulsu.
Odpowiedział jej śmiech – gorzki i serdeczny zarazem, pełen niedowierzania. Błękitne oczy zwróciły się ku Angel, spoglądając na nią z zaciekawieniem.
– Mnie? – Potrząsnęła głową. – Och, dziecino, mnie nie ma czego zazdrościć.
– Ale...
– Jestem tym, kim mnie uczyniłaś. Laleczką. – Kobieta podniosła się z gracją, w pośpiechu podrywając do pionu. Angel mimowolnie pomyślała o porcelanowej piękności, którą tak ufnie tuliła do siebie dziewczynka. Jakże znajomej lalce, która miała znaczenie dla nich obu... – Co komu po pięknie, jeśli czujesz się pusta w środku? – zapytała Bloodwell, jakby czytając jej w myślach.
Nie takich słów spodziewała się po tej kobiecie. Otworzyła usta, gotowa zaprotestować, ale ostatecznie nie zdobyła się na żadne słowa. Po prostu patrzyła, próbując zrozumieć coś, co nie miało sensu. Dobry Boże, miała przed sobą najpiękniejszą istotę, jaką kiedykolwiek widziała. Jak ktoś, kto wydawał się mieć wszystko – urodę, posłuch, pewność siebie – mógł na cokolwiek narzekać? Co innego miała czuć, jeśli nie zazdrość?
Wpatrywała się w tę kobietę, aż za dobrze pamiętając, jak bardzo chciała stać się kimś takim jak ona. W pamięci wciąż miała mamę – piękną, jasnowłosą, w wieczorowej sukni i olśniewającym uśmiechem. Sama pragnęła poczuć się choć w połowie tak pewna siebie jak ona czy Bloodwell. Pragnęła choć jeden raz lśnić, zamiast kulić się pod spojrzeniami innych ludzi. Chciała wyjść na ulicę bez poczucia, że wszyscy wokół spoglądają na nią z góry, oceniają i uważają się za lepszych. Zacząć rozmowę bez obawy, że ktoś odbierze ją inaczej niż powinien – jako kogoś, na kogo nie należało tracić czasu. Pragnęła…
– Strach jest w głowie. Kiedy to zrozumiesz? – Bloodwell potrząsnęła głową. Piękną twarz wykrzywił grymas. – Spójrz na mnie i ten świat. Kim według ciebie jestem? – dodała i tym razem do jej głosu wkradła się frustracja.
Może powinno zmartwić ją, że kobieta jednak wiedziała, co działo się w jej głowie, ale nic podobnego nie miało miejsca. Były jednością, nieważne jak irracjonalne by się to nie wydawało. Angel zrozumiała to już przed przybyciem do domu, choć w pełni zrozumiała dopiero w chwili, w której układała dziewczynkę do snu.
Teraz stała przed kimś innym, o wiele potężniejszym, choć – co najbardziej w tym wszystkim raziło – całkowicie pozbawionym dziecięcej radości. Czuła na sobie spojrzenie lśniących, błękitnych oczu, które niezmiennie kojarzyły jej się z odłamkami lodu. Jakaś jej cząstka pragnęła skulić się i schować, byleby nie prowokować Bloodwell do wybuchu, ale stanowczo stłamsiła w sobie to pragnienie. „Strach jest w głowie” – powtarzała raz za razem, czepiając się tych słów niczym mantry. Może jeśli dopisze jej szczęście, w końcu w nie uwierzy.
Nie ruszyła się z miejsca. Tkwiła w jednym punkcie, próbując wytrzymać spojrzenie Bloodwell – wciąż sfrustrowanej, choć im dłużej Angel jej się przyglądała, tym wyraźniej widziała kryjącą się za pewnością siebie bezradność. Już kiedy spotkała tę kobietę po raz pierwszy, na usta cisnęło jej się tylko jedno określenie: lodowate piękno. Teraz to wróciło, tak jak i poczucie, że spoglądała na kogoś, kto wcale nie miał w sobie aż tyle siły, jak mogłaby przypuszczać. Bloodwell była równie ludzka i krucha, co i ona sama; jedynie dobrze udawała, że sprawy miały się inaczej.
Ta myśl ją poraziła. Angel znów otworzyła usta, choć tym razem to nie wątpliwości powstrzymały ją przed odezwaniem się. Przez chwilę walczyła ze sobą, próbując znaleźć odpowiednie słowa, choć te za żadne skarby nie chciały ułożyć w odpowiedniej kolejności. Jeśli w ogóle istniały, znalezienie ich okazało się wyzwaniem.
– Przepraszam – wykrztusiła, wyrzucając z siebie pierwszą rzecz, która przyszła jej do głowy.
Lodowate spojrzenie nawet na moment nie złagodniało. Ostatecznie to Bloodwell jako pierwsza odwróciła wzrok, nagle zaczynając niespokojnie krążyć. Przypominała drapieżnika, którego ktoś umieścił w potrzasku, naiwnie wierząc, że zdoła go kontrolować.
To moja wina, uświadomiła sobie Angel.
Zrobiła to im wszystkim. Jednej po drugiej, stopniowo wyzbywając się tych części siebie, które stawały się zbyt trudne do zniesienia. Nie pamiętała jak, nie pamiętała kiedy – to po prostu się stało. W którymś momencie przestała się uśmiechać. W zamian zazdrościła i to tak bardzo, że to aż bolało. Tęskniła za kimś, kim nigdy nie była – i wcale nie musiała być.
Bloodwell przemieściła się, zwracając plecami do okna i łóżka, przy którym zostawiła Angel. Błyskawicznie przecięła pokój, zatrzymując tuż przed drzwiami szafy, by w następnej chwili otworzyć ją zdecydowanym, zamaszystym ruchem.
Wbrew temu, czego spodziewała się Angel, mebel był niemalże pusty. Na wieszaku wisiała tylko jedna, krwistoczerwona sukienka, którą natychmiast rozpoznała.
– Ta jedna noc… – Bloodwell niemalże z czułością pogładziła materiał palcami. – Pamiętasz ją, prawda? Bo ja tak.
– Nie chcę pamiętać…
Ale skłamałaby, gdyby upierała się, że wciąż ma w głowie pustkę. Być może te wspomnienia były tam cały czas. Jedynym problemem było to, że nie chciała po nie sięgnąć.
Aż do tego momentu.
Uświadomiła sobie, że drży, więc spróbowała nad sobą zapanować. Zacisnęła palce, a kiedy to nie pomogło, objęła się ramionami. Znów poczuła na sobie przenikliwe spojrzenie Bloodwell, ale tym razem to nie wyraz oczu kobiety sprawił, że poczuła się nieswojo. Myślami była daleko, chcąc nie chcąc rozpamiętując coś, co dużo łatwiej byłoby po prostu zapomnieć.
Pamiętała siebie w krwistoczerwonej sukience. Pamiętała każdą sekundę, którą spędziła przed lustrem, obserwując własne odbicie i ucząc samej siebie na pamięć. Każdy, najdrobniejszy nawet szczegół – równie wyraźnie co i wtedy, gdy stała w łazience, podczas gdy Shadow czaił się za jej plecami.
Jednak tamtej nocy go nie było, pierwszy raz od dawna. Przez moment nawet wierzyła, że nie zbliżyłby się do niej, kiedy miała na sobie tę piękną sukienkę – taką jak mama, równie idealną, nawet jeśli nie wyglądała w niej aż tak dobrze. Cieszyła się jak dziecko, napawając własnym wyglądem i zaskakującą pewnością siebie, którą zapewniła jej niewielka zaledwie zmiana. Nie potrzebowała wiele – wystarczyła tylko ta sukienka, odważniejszy niż zwykle makijaż i buty na wysokim obcasie.
Pamiętała klubową muzykę i to, że wyraźnie czuła jak mężczyźni wodzili za nią wzrokiem. To była udana impreza. Ani trochę nie żałowała, że dała wyciągnąć się z domu – bez Shadowa, bez kogokolwiek, kto sprawiłby, że czuła się nieswojo. Tańczyła, śmiałą się i błyszczała, napawając doznaniami, które dotychczas były jej obce. Choć przez moment wszystko wydawało się proste, choć to równie dobrze mogło mieć związek z wypitym alkoholem. Procenty dodawały odwagi, zwłaszcza że dotychczas podchodziła do nich z dystansem.
Później nie wszystko było aż tak wyraźne. Momentalnie pożałowała, że nie wypiła dość, by w pełni wyrzucić z pamięci wszystkie wspomnienia tamtego wieczora. Nie pamiętała rozmów i tego, jakim cudem znalazła się w tamtej małej łazience na zapleczu, ale…
Cudze dłonie, z wolna przesuwające się po jej ciele… Jak te Shadowa, kiedy to stał tuż za nią, szepcąc słowa, których wolałaby nie słyszeć.
– Angel.
Wzdrygnęła się, mrugając nieprzytomnie. Z opóźnieniem spojrzała na Bloodwell, uświadamiając sobie, że wciąż stała w zalanej krwawym blaskiem sypialni, bezmyślnie spoglądając w przestrzeń. Machinalnie uniosła dłoń do twarzy, a kiedy otarła jej wierzchem policzki, przekonała się, że były wilgotne. Nawet nie zauważyła, kiedy się popłakała.
Jej spojrzenie mimowolnie skierowało się ku szafie, ponownie spoczywając na wiszącej w niej sukience. Poczuła nieprzyjemny ucisk, kiedy coś przewróciło jej się w żołądku, jakby chcąc wyrwać się na zewnątrz.
– Tak mi przykro – rzuciła zdławionym głosem. – Tak mi…
– Niepotrzebnie. – Bloodwell wzruszyła ramionami. – To wciąż bardzo ładna sukienka – dodała, wyciągając dłoń, by pogładzić materiał.
– Przestań.
Kobieta zamknęła usta, posłusznie milknąc, choć to wydawało się Angel czymś nieprawdopodobnym. Nagle poczuła się tak, jakby się dusiła, przez krótką chwilę bliska tego, żeby odwrócić się na pięcie i w pośpiechu opuścić sypialnie. Pragnęła uciec, chociaż to i tak niczego nie zmieniało.
Nie, zdecydowanie nie miała czego zazdrościć Bloodwell. Im dłużej o tym myślała, tym wyraźniej widziała, co zrobiła – albo do czego dopuściła Rachel. Wciąż nią jestem…? Nie potrafiła odpowiedzieć na to pytanie. Pustka wróciła i to ze zdwojoną siłą.
Istniało tak wiele rzeczy, których nie chciała. Jedną z nich miała dosłownie na wyciągnięcie ręki, równie rzeczywiste jak i kobieta, którą miała przed sobą. Tyle że piękno, które przez tyle czasu podziwiała, wcale nie stało się takie doskonałe.
Drgnęła, z trudem powstrzymując pragnienie, żeby się wycofać. Mogła wyjść, trzaskając drzwiami i nie oglądając się za siebie. Może gdyby to zrobiła, ucisk w piersi zniknąłby raz na zawsze… Albo przynajmniej trochę zelżał, stając się choć odrobinę bardziej znośnym. Zapomnienie było dużo prostsze. Mogła sobie wyobrazić, dlaczego w którymś momencie odcięła się od tego, co zbyt mocno ją przytłaczało – krok za krokiem, aż nie pozostało nic prócz obojętności.
Co z tego, skoro to najwyraźniej nie wystarczyło? Jestem tutaj…
Spojrzenia jej i Bloodwell znów się spotkały. Błękitne, pozbawione emocji oczy odnalazły inne – ciemne i wypełnione łzami. Angel wciąż płakała, choć nawet nie zdawała sobie z tego sprawy.
– Oddałam ci to wszystko. Nie powinnam…
– Nie powinnaś – zgodziła się cicho Bloodwell. – Ale jakie to ma teraz znaczenie? Byłaś słaba.
– Wciąż jestem.
Nie zaprotestowała. Poniekąd ta wymowna cisza była niczym policzek – i to pomimo tego że potwierdzała coś, co Angel podświadomie czuła od samego początku. Bloodwell dawała jej o tym znać niemalże na każdym kroku, raz po raz podkreślając, że już dawno straciła nadzieję. Poniekąd wciąż tak było i ta myśl również okazała się bolesna.
Nie chcę tego…
Jej spojrzenie samoistnie przesunęło się ku szafie, na powrót skupiając na sukience. Zanim zdążyła zastanowić się nad tym, co robi, przestąpiła naprzód. Poruszając się trochę jak w transie, wyciągnęła przed siebie dłonie. Zadrżały nieznacznie, kiedy przesunęła palcami po materiale sukienki – miękkim, krwistoczerwonym i nietkniętym przez czas. Do tej pory pamiętała, że jej się podobał; sposób, w jaki leżał i jak muskał jej skórę, kiedy tańczyła. Sukienka, którą tak bardzo chciała ubrać…
Bloodwell nie odezwała się nawet słowem, kiedy Angel wyjęła kreację z szafy. Wciąż milczała, gdy dziewczyna jak gdyby nigdy nic schowała się za uchylonymi drzwiami, by móc się przebrać.
Ucisk w gardle przybrał na sile, ale stanowczo go zignorowała. Z równie wielkim uporem próbowała nie myśleć o tym, że znów miała tę sukienkę na sobie. Przylegała do jej ciała, idealnie dopasowując od kształtu ciała. Materiał kończył się przed kolanami, ale to ani trochę Angel nie przeszkadzało. Bez pośpiechu przesunęła dłońmi wzdłuż ciała, wyrównując wszelakie niedoskonałości. Nadal drżała, przez moment mając ochotę natychmiast ściągnąć z siebie sukienkę, ale powstrzymała się, nerwowo zaciskając palce w pięści.
Wzięła kilka głębszych wdechów, próbując się uspokoić. Poprawiła włosy, pozwalając im miękko opaść na ramiona i plecy.
– Nie musisz tego robić.
Nawet nie spojrzała na Bloodwell, puszczając słowa kobiety mimo uszu. Jakby to miało znaczenie. Jakby cokolwiek je miało, skoro zabrnęła tak daleko. Teraz, stojąc w tym pokoju i w tej sukience, już i tak nie była w stanie dłużej uciekać.
Chociaż nie chciała, zdecydowała się sobie przypomnieć.
Zwiesiła ramiona. Palce wciąż zaciskała wystarczająco mocno, by paznokcie wpiły się w skórę, a dłonie jeszcze bardziej zaczęły drżeć. Poczuła wilgoć pod powiekami, ale nawet nie próbowała ich powstrzymywać. To, że płynęły, wydawało się równie właściwe, co i sposób, w jaki sukienka do niej pasowała.
Gdyby tylko pamiętała, w jaki sposób dotarła do tamtej łazienki…
– Byłam… z kimś – powiedziała cicho, mocno zaciskając powieki. – Nie pamiętam ich imion. Nie pamiętam twarzy… Niewiele pamiętam.
Odpowiedziała jej wymowna cisza. Nawet jeśli Bloodwell wciąż ją obserwowała, jej obecność straciła jakiekolwiek znaczenie. Myślami Angel była gdzieś daleko, rozpamiętując wieczór, który równie dobrze mógłby okazać się wyrywkiem z pamięci kogoś zupełnie innego. Scena z życia kogoś, kim już od dawna nie była.
Mocniej zacisnęła powieki. Zakręciło jej się w głowie, ale i to nie zrobiło na niej większego wrażenia.
– Chciałam się dopasować. Chyba nawet mi wychodziło, ale… – Potrząsnęła głową. – Nie powinnam aż tyle pić.
Dziwnie było mówić w ten sposób. Wspominać coś, o czym nade wszystko pragnęła zapomnieć. Było tak wiele rzeczy, które pragnęła wyrzucić z pamięci…
Wciąż mogła to zrobić. Już raz tego dokonała, choć całą sobą czuła, że to nie było właściwe. Co z tego?, pomyślała mimochodem, a mętlik w głowie przybrał na sile, gdy znów zapragnęła tej jakże samolubnej, choć w pełni naturalnej decyzji.
Wystarczyło ściągnąć tę sukienkę. Zamknąć ją w szafie, odwrócić się na pięcie i wyjść, zupełnie jakby nic się nie stało. W końcu to pokój Bloodwell, nie jej. Wcale nie musiała tutaj być…
Ja jej to zrobiłam.
Z jękiem chwyciła się za głowę. Znów zaczęła przecząco potrząsać, jednocześnie coraz to mocniej zaciskając powieki. Łzy płynęły, a ucisk w piersi przybrał na sile, ale już nie zwracała na to uwagi. Nerwowymi gestami raz po raz wygładzała materiał sukienki, choć ta idealnie przylegała do ciała. Mimo wszystko Angel nie mogła powstrzymać się przed kolejnymi próbami wyrównania nieistniejącym zagnieceń, jakby w ten sposób mogła pozbyć się dziwnego, towarzyszącego jej na każdym kroku wrażenia, że ktoś…
Zamknęła oczy. Nie chciała pamiętać, ale wspomnienia i tak były zamazane. To przypominało patrzenie przez zamgloną szybę – wystarczające, by dostrzec zarys kształt, ale nie szczegóły. Co ważniejsze, wciąż nie potrafiła przypomnieć sobie najważniejszego i to okazało się gorsze niż prawda w całej okazałości.
Poszła wtedy do łazienki. Tego była pewna, choć gdyby miała opisać klubową toaletę, nie potrafiłaby tego zrobić. Była w stanie przypomnieć sobie co najwyżej chłód kafelków, o które się opierała, dotyk cudzych dłoni i przesycony alkoholem oddech, który…
Zacisnęła dłonie w pięści – tak mocno, że paznokcie wpiły się w skórę, ale i to nie zrobiło na niej wrażenia. Ukłucie bólu okazało się niczym, zwłaszcza w porównaniu z wciąż odczuwanym mrowieniem w nadgarstkach.
– Odepchnęłam go – powiedziała w końcu. Wyrzuciła te słowa gwałtownie, wręcz błagalnie, próbując znaleźć jakże upragnioną ulgę. – Nie pamiętam kto to był, ale wiem, że go odepchnęłam. Wyszłam stamtąd, ale…
Czy na pewno tak było? Nagle sama zwątpiła w to, co było prawdziwe, a w co nade wszystko pragnęła uwierzyć. Gdzieś w tym wszystkim przebiło się wspomnienie ulgi – ledwo odczuwalne w całej mieszance sprzecznych emocji – ale i na nim nie potrafiła się skupić. Zresztą co to zmieniało? Wyszła w porę, ale wciąż czuła na ciele cudze dłonie, czuła ten oddech. Pamiętała jak ktoś próbował dostać się pod jej sukienkę. I, cholera, nie chciała myśleć o tym, co stałoby się, gdyby nie zdołała oswobodzić się z uścisku. Gdyby oboje byli bardziej pijani albo gdyby trafiła na kogoś bardziej zawziętego.
Pamiętała, że długo stała pod prysznicem, trzęsąc się i roztrząsając kolejne scenariusze. Wspomnienie tego wieczoru powracało wielokrotnie, burząc wszystko to, czego pragnęła. Pewność siebie zniknęła równie nagle, co wcześniej się pojawiła, zupełnie jakby nigdy nie należała do niej. Była niczym przybranych na chwilę strój, czyniący z niej kogoś, kim nigdy nie była. Ułuda pięknej, pewnej siebie kobiety, którą przez moment widziała w lustrze, zanim ściągnęła czerwoną sukienkę, by ukryć ją gdzieś w czeluściach szafy.
Nie była swoją matką. W gruncie rzeczy sama już wątpiła w to, kim była albo chciała się stać.
– Rachel – usłyszała za plecami głos Bloodwell.
Skrzywiła się w odpowiedzi. Chciała zaprotestować, ale nie zrobiła tego, jak urzeczona wciąż wpatrując się w swoje odbicie. W zamyśleniu przeczesała włosy palcami, gładząc opadające na ramiona loki – nie tak lśniące jak te Bloodwell i o wiele ciemniejsze.
W zamyśleniu skinęła głową. Nie byłą taka, jak stojąca za nią kobieta. Ale czy to było takie złe? Czy pogoń za byciem kimś innym w ogóle miała sens?
Poczuła dłoń na ramieniu, ale nie próbowała jej strząsać. To był inny rodzaj dotyku niż ten w jej wspomnieniach – jednoznaczny, pozbawiony złych intencji. Wydawał się dawać jej siłę, której tak bardzo potrzebowała.
Uśmiechając się przez łzy, z wolna odwróciła się ku Bloodwell. Przez chwilę patrzyły na siebie, nim Angel zdecydowała się rozłożyć ramiona i bezceremonialnie objąć swoją towarzyszkę ramionami.
– Tak mi przykro – westchnęła. Spodziewała się wszystkie, ale nie tego, że zwykle wyniosła i zdystansowana kobieta bez wahania odwzajemni uścisk. – Nie powinnam była. Ja…
– To już nie ma znaczenia.
Potrząsnęła głową.
– To nie ma znaczenia – powtórzyła posłusznie. Odetchnęła, próbując zapanować nad kołaczącym się w piersi sercem. Z jakiegoś powodu poczuła się spokojniejsza, zwłaszcza gdy towarzyszące jej wrażenie pustki kolejny raz zmalało.  – Ale wciąż jesteś częścią mnie. Nigdy nie powinnam była cię odrzucić, ale…
Urwała. Obie wyprostowały się niczym struna, niespokojnie rozglądając dookoła.
Domem wstrząsnął pełen gniewu, rozdzierający kobiecy krzyk.

26 kwietnia 2020

Rozdział XXVIII


Wiedziała, że ruszył za nią. Była pewna, że to zrobi, ale i tak poczuła się nieswojo na myśl o tym, że mógłby podążać jej śladem. Zwłaszcza wtedy łatwo mogła utożsamić go z cieniem – niepokojącym i niemożliwym do pozbycia. Czas, który spędziła z nim sam na sam wystarczył, żeby nauczyła się, że potrafił poruszać się bezszelestnie, pojawiając w najmniej oczekiwanych momentach.
Równie dobrze wiedziała, że nie usłucha, ale nie dbała o to. Wracając do salonu, Angel całą sobą czuła przede wszystkim wciąż obecną, choć nie aż tak silną jak wcześniej pewność siebie. Musiała przynajmniej spróbować odzyskać kontrolę nad sytuacją, nawet jeśli wydawało się to niemożliwe. Wciąż pozostawało jej udawanie, że wcale się nie bała, choć i to nie brzmiało jak proste zadanie.
– Nie chciałaś poprosić mnie o coś jeszcze?
Zatrzymała się w pół kroku, zamierając na schodach. Palce nerwowo zacisnęła na poręczy, niemalże spodziewając się, że Shadow posunie się do tego samego, co Negatyw i po prostu ją zepchnie.
– Niby o co? – mruknęła, jednocześnie klnąc w duchu na to, że głoś nieznacznie zadrżał, nim w pełni sformułowała pytanie. Przełknęła z trudem. – Powiedziałam już wszystko, co chciałam.
Nie odwróciła się, chociaż miała na to ochotę. Mogła się założyć, że właśnie na to liczył. Dużo prościej byłoby, gdyby jednak zniknął, ale wszystko wskazywało na to, że było to co najwyżej pobożnym życzeniem. Mimowolnie pomyślała, że tak mogło być jednak lepiej, zwłaszcza że dużo bezpieczniej było mieć go na oku. Spokój, który okazywał, niezmiennie przyprawiał Angel o dreszcze.
Czegokolwiek by nie chciała, nie mogła powstrzymać się przed obejrzeniem przez ramię, kiedy coś cicho zagrzechotało za jej plecami. Pełna złych przeczuć, poderwała głowę i… już tylko patrzyła, niepewna czego tak naprawdę powinna się spodziewać.
Shadow nie zniknął, ani nie podszedł na tyle blisko, by potwierdzić teorię, że byłby zdolny ją popchnąć. W zasadzie nawet nie wszedł na schody, jak gdyby nigdy nic stojąc u ich szczytu i opierając się o balustradę. Nie uśmiechał się, ale też nie wyglądał na złego. Wręcz przeciwnie – jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, może pomijając znudzenie.
W palcach jakby od niechcenia obracał pęk kluczy, choć ten Angel dostrzegła dopiero w chwili, w której po raz kolejny nimi potrząsnął.
– Co to jest?
– Klucze do pokoi – wyjaśnił z pobłażliwym uśmiechem. – Przyprowadziłaś towarzystwo, więc pewnie ci się przydadzą… No chyba że ich nie chcesz – dodał, ale i tak bez ostrzeżenia cisnął pęk w jej stronę.
Pochwyciła je jedynie dzięki odrobinie szczęścia i refleksu. W pierwszym odruch zapragnęła odrzucić od siebie niechciany podarek, co najmniej jakby ten mógł ją zranić. W zamian wzmogła uścisk, gorączkowo próbując dopasować intencje Shadowa do niechęci, którą względem niego żywiła.
Zacisnęła usta. Nie odezwała się nawet słowem, ale i on tego nie oczekiwał. Była pewna, że wciąż śledził każdy jej krok, kiedy zeszła po schodach, próbując udawać, że nic szczególnego nie miało miejsca. Co prawda złe intencje Shadowa były dla nie aż nadto oczywiste, choć wciąż nie potrafiła sprecyzować, co knuł tym razem.
Powitał ją krwisty blask wiecznie zachodzącego słońca, wdzierający się przez dopiero co odsłonięte okno. Dziewczynka siedziała w fotelu, machając nogami i ze znudzeniem rozglądając się dookoła. Bloodwell doglądała ją, chociaż w momencie wejścia Angel, spojrzenie kobiety były skupione przede wszystkim na oknie. Odłamki szkła zniknęły, choć dziewczynie trudno było sobie wyobrazić lodowatą piękność, ot tak sprzątającą podłogę.
– Doprowadziłaś się do porządku? – rzuciła ze swojego miejsca Bloodwell, nie odrywając wzroku od okna.
Nic nie wskazywało na to, żeby zdawała sobie sprawę z obecności Shadowa… Ba! By podejrzewała cokolwiek. A jednak gdy błękitne oczy przeniosły się na Angel, ta całą sobą poczuła, że Bloodwell jakimś cudem wiedziała o wszystkim. Sęk w tym, że nie potrafiła określić, co w takim razie myślała o sytuacji.
Jedną ręką ściskając klucze, drugą zacisnęła w pięść, ignorując nieprzyjemne pulsowanie pod plastrem.
– Tak, dzięki. – Angel powiodła wzrokiem dookoła, wciąż czując się nieswoją. Serce jak na zawołanie zabiło jej szybciej. – Gdzie jest…?
– Poszła się rozejrzeć – przerwała Bloodwell. – I tak bym jej nie zatrzymała.
Łatwo mogła sobie to wyobrazić, ale i tak poczuła, że robi jej się gorąco. Myśl o tym, że Negatyw spacerowała gdzieś po piętrze, skoro w domu znajdował się Shadow, była przerażająca. Sęk w tym, że sama nie była pewna, którego z nich bardziej obawiała się w tej sytuacji. Wiedziała jedynie, że jeśli ta dwójka się spotka, wydarzy się coś bardzo złego.
– Powinnam ją znaleźć. Ja…
– On tu jest, prawda?
Bloodwell pytała, ale jej ton sugerował, że nie potrzebowała odpowiedzi. Sposób, w jaki wyprostowała się, odsuwając od okna i robiąc krok ku dziewczynce, również mówił sam za siebie.
– Widziałam go przez chwilę. Kazałam mu odejść – oznajmiła Angel, ale wypowiedzenie tych słów na głos jedynie utwierdziło ją w przekonaniu, że brzmiały naiwnie.
Odpowiedziało jej prychnięcie. Zanim zdążyła się zastanowić, Bloodwell przemknęła przez pokój, bez słowa przemykając tuż obok niej. Angel chciała ruszyć za nią, bliska tego, by chwycić kobietę za przedramię, ale powstrzymało ją niepewne spojrzenie obserwującego ich dziecka. Westchnęła, po czym ruszyła w stronę fotela, zachęcająco wyciągając rękę.
– Nie zostawię cię tutaj samej.
Przynajmniej tej jednej kwestii nie musiała małej tłumaczyć – dziecko podążyło za nią z radością i bez choćby cienia wahania. Przez cały ten czas dziewczynka rozglądała się z fascynacją, wydając się chłonąć każdy szczegół otoczenia. Angel dla pewności chwyciła ją za rękę, nie chcąc ryzykować, że i one mogłyby się rozdzielić. Wystarczyło, że nie miała pojęcia, gdzie podziały się Bloodwell i Negatyw, a Shadow bez skrępowania kręcił się po domu. Szczerze wątpiła, by po rozmowie w łazience ot tak posłusznie odszedł.
– Czy wszystko w porządku? – usłyszała zatroskany głos.
Z opóźnieniem uświadomiła sobie, że przystanęła u stóp schodów, bezmyślnie spoglądając w przestrzeń. Zamrugała, po czym w roztargnieniu spojrzała na obserwujące ją dziecko. Błękitne oczy okazała się skupione i zadziwiająco wręcz szczere. Angel kolejny raz uderzyło to, że spojrzenie małej wcale nie kojarzyło jej się że wzrokiem kilkulatki, nawet jeśli obserwowanie jej dziewczynkę biega po salonie, próbując rozsunąć zasłony, na moment ją rozproszyło.
– Oczywiście – zapewniła pospiesznie Angel, mocniej zaciskając palce na drobnej dłoni. – Chodźmy na górę. Musimy znaleźć resztę.
– Zanim on to zrobi?
Nieprzyjemny dreszcz przemknął wzdłuż kręgosłupa dziewczyny. Tym razem nie była w stanie znieść dziecięcego spędzania, więc po prostu ucieka wzrokiem w bok.
– Chodźmy – poleciła wymijającym tonem.
Zrobiła krok naprzód, ciągnąc dziecko za sobą. Mała posłusznie ruszyła po schodów, zdolna nawet do tego, by utrzymać narzucone tempo. Angel odetchnęła, ale nim zdążyła nabrać pewności, że kryzys zażegnany, znów usłyszała znajomy głos.
– Nie rozumiem, kogo się tak o obawiacie. To bardzo zły człowiek? – zapytała mała, ale nie czekała na odpowiedź. – Ten, który przyszedł do ciebie na placu, prawda? Ale…
– Nie poznałaś Shadowa wcześniej? – zapytała z powątpiewaniem Angel, ale tak naprawdę prawdę nie oczekiwała odpowiedzi.
– Tylko słyszałam.
– Więc skończmy ten temat. – Angel zacisnęła usta. – Nie masz się czego obawiać. Ochronię cię przed nim – dodała pod wpływem impulsu.
– Nie boję się – padło w odpowiedzi. – Chcesz wiedzieć, co ja o nim myślę?
– Mhm…
Weszły na górę. Angel zatrzymała się, starając nie myśleć o tym, że dopiero co z tego samego miejsca spoglądał na nią Shadow. Bez trudu przypomniała sobie jego obojętny wyraz twarzy i błysk szmaragdowych tęczówek. Palce wolnej dłoni machinalnie zacisnęła mocniej na pęku kluczy, które jej podarował. Przez moment znów zwątpiła w to, czy powinna je ze sobą nosić.
Korytarz na piętrze było opustoszały. To jedynie bardziej zmartwiło Angel i przez chwilę miała ochotę zawołać pozostałe dwie kobiety. Sęk w tym, że zbyt mocno obawiała się, kto mógłby jej odpowiedzieć.
Dziewczynka tymczasem mówiła dalej.
– Wydaje mi się – oznajmiła, nie doczekawszy się odpowiedzi – że on jest bardzo smutny. I może samotny.
Angel zacisnęła usta, z trudem powstrzymując się przed podsumowaniem tej rewelacji histerycznym śmiechem. Och, tak! Z pewnością! Shadow na pewno był typem osoby, która potrzebowała towarzystwa i ciepłych uczuć. To na pewno tłumaczyło wszystko, łącznie ze strachem, który wzbudzał i tym, że znikał na całe dnie, zostawiając ją samą sobie!
To wcale nie tak, że czułaś się przy nim bezpieczna… Dalej czujesz.
Niemalże jęknęła, sfrustrowana tą myślą. Dłoń zapiekła i to nie tylko pod opatrunkiem. Angel rozprostowała palce, czekając aż znajome mrowienie w nadgarstku ustąpi.
Przestała o tym myśleć, kiedy poczuła, że dłoń dziewczynki wyślizguje się z jej uścisku. Znam zdążyła się zastanowić, mała ruszyła w głąb korytarza, nawet nie próbując informować, co przykuło jej uwagę. Angel miała nadzieję, że dostrzeże Bloodwell, ale korytarz wciąż wyglądał na opustoszały. Nie była pewna czy to dobrze, czy może wręcz przeciwnie.
– Poczekaj – zaoponowała. – Co…?
Urwała, kiedy dziecko przystanęło przed drzwiami na końcu korytarza. Wystarczyła zaledwie chwila, żeby Angel je rozpoznała, a serce omal nie wyrwało jej się z piersi. W pierwszym odruchu zapragnęła pochwycić dziewczynkę za rękę i jak najszybciej się oddalić, ale ostatecznie zdobyła się wyłącznie na bezmyślne spoglądanie na zamknięte drzwi.
Pamiętała je. Widziała również, co znajdowało się tuż za nimi, ale ta świadomość wcale jej nie uspokoiła. W pamięci wciąż miała huk, który usłyszała, gdy po raz pierwszy dotarła do tego miejsca. To i przekonanie, że coś próbowało się przez nie przedostać…
Tyle że dziewczynka wcale nie wydawała się zaniepokojona, choć to właśnie dzieci miały talent do wyczuwania tego, co dla dorosłych bywało niejasne. Mała jednak sprawiała wrażenie przede wszystkim podekscytowanej. Wręcz podrygiwała że zniecierpliwienia, cokolwiek mogło to oznaczać.
Angel z wolna wypuściła powietrze. Bezwiednie przesunęła się naprzód, zaciskając palce na kluczach, które podarował jej Shadow.
Pamiętała, że zapytała go wtedy, czy w domu kiedykolwiek mieszkało jakieś dziecko. Odpowiedział wtedy w swoim stylu, wymijająco i z naciskiem na to, że niczego nie pamiętała, ale ta kwestia zeszła na dalszy plan. Tak naprawdę Angel nie potrzebowała już odpowiedzi.
Nie dając sobie czasu na zmianę decyzji, dopadła do drzwi. Choć nie przypominała sobie, by kiedykolwiek miała w rękach potem kluczy, wybór właściwego przyszedł jej najzupełniej naturalnie. Już nie czuła lęku, bez wahania przekraczając próg sypialni.
Pokój nie zmienił się od dnia, w którym widziała go po raz ostatni. Tak przynajmniej pomyślała w pierwszym odruchu, dopiero później zwracając uwagę na szczegóły – w tym to, że kurz zniknął, zupełnie jakby sypialnia tylko czekała aż ktoś w niej zamieszka. Na meblach poustawiano zabawki, a łóżko z baldachimem aż zachęcało do tego, żeby się na nim położyć. Nawet wpadający przez okno blask wiecznego zachodu nie wyglądał aż tak niepokojąco jak do tej pory.
Znała tej pokój. Już pamiętała.
Dziewczynkę, którą ze śmiechem przebiegła tuż obok, podbiegając do jednej z półek, również.
Poczuła pieczenie pod powiekami, ale to działo się jakby poza nią. Uśmiechnęła się, przez chwilę obserwując małą, kiedy ta wróciła do niej, tuląc do siebie jasnowłosą lalkę.
– Dostałam ją na urodziny. Ostatnie, które spędziła ze mną mama – potwierdziła cicho Angel, nie przestając się uśmiechać. – Tęsknię za nią.
Coś ścisnęło ją w gardle, więc zamilkła, próbując doprowadzić się do porządku. Dziwnie było znów dostarczyć tęsknoty, ale ta nie przyłączyła aż tak bardzo, jak Angel mogłaby się spodziewać. Była niczym ukłucie – obecne i nieprzyjemne, ale znośne.
Przyklękła, by jej wzrok znalazł się na wysokości twarzy dziecka. Uwagę wciąż skupiała na lalce, chłonąc każdy szczegół: porcelanową, idealną twarz, jasne blond włosy, niebieskie oczy. Pamiętała swoje zadowolenie, kiedy udało jej się uprosić mamę o uszycie eleganckiej, czerwonej sukienki – jak na przyjęcie, podobnej do tej, które nosiła jej rodzicielka. Wtedy nie miała pojęcia, że mama chorowała, a wkrótce miało jej zabraknąć. Była dzieckiem, cudownie nieświadomym i nieobeznanym w działaniu świata.
Mama z resztą zawsze kojarzyła jej się z kimś wyjątkowym. W dziecięcych oczach była królową, której nikt nie miał prawa dorównać – i to z samą Angel na czele. Porcelanową laleczką, którą tak łatwo można było rozbić…
– Miała wtedy tę piękną sukienkę – oznajmiła dziewczynka, podtykając lalkę aż pod nos Angel. – Obiecała mi, że będę mogła ją kiedyś ubrać, kiedy już urosnę… I jak już będę miała piersi – dodała z rozbrajającą szczerością. Zaraz po tym zmierzyła Angel krytycznym spojrzeniem i uśmiechnęła się słodko. – Chyba i tak byłaby za duża.
Angel bez słowa spojrzała na swoje piersi – obecne, choć nie aż tak pokaźne jak mogłaby sobie tego życzyć. W następnej chwili – zaskakując tym przede wszystkim samą siebie – wybuchła szczerym, serdecznym śmiechem.
Już nie pamiętała, kiedy ostatnim razem doświadczyła czegoś takiego. Lekkość spłynęła na nią nagle, niosąc ukojenie, którego przez cały ten czas potrzebowała. Śmiała się, płakała, a w pewnym momencie bezceremonialnie wzięła dziecko w ramiona, tuląc je do piersi. To był inny śmiech niż ten, którego mogłaby się spodziewać – lekki i beztroski, po prostu dziecięcy, bez choćby śladu goryczy czy czegoś, co można byłoby uznać za histeryczną nutę. Nie przejmowała się nawet tym, że ktokolwiek mógłby go usłyszeć i w ten sposób dotrzeć do sypialni.
Potrzebowała dłuższej chwili, by zdołać się uspokoić. Śmiała się tak długo, aż zaczęło brakować jej tchu, ale nawet wtedy nie próbowała nad sobą zapanować. Wciąż się uśmiechając, niemalże z czułością przeczesała palcami po miękkich włosach dziecka, w końcu odsuwając małą od siebie. W jej oczach dostrzegła łzy.
– Odsunęłam cię – wyszeptała drżącym głosem. Dla pewności mocniej przygarnęła do siebie dziecko, byleby to nie pomyślało, że mogłaby to zrobić po raz kolejny. A może próbowała przekonać przede wszystkim samą siebie. – Nie wiem kiedy. Ja… nie umiałam i…
Udawała, walcząc o złapanie oddechu. W głowie gorączkowo próbowała ułożyć odpowiednie słowa, by jakkolwiek się wyłączyć, ale też nie przychodziły. W głowie miała wyłącznie pustkę.
– W porządku. – Dziewczynka otoczyła ją ramionami, choć miała z tym problem, jednocześnie wciąż trzymając lalkę. – To nic. Nie gniewam się.
– Ale…
Angel pokręciła głową. Może nie powinna spodziewać się niczego innego, zwłaszcza po dziecku. Czasem bywały naiwne. I zbyt mocno wierzyły w tych, którzy na to nie zasłużyli.
Właśnie dlatego odpuszczenie wydawało się niewłaściwe. Udawanie, że wszystko było w porządku…
Łzy znów napłynęły jej do oczu. Śmiech zmienił się w płacz, ale to nie miało dla niej znaczenia. Tuliła do siebie dziecko, miarowo kołysząc je i starając się dojść do porządku z czymś, o czym z taką łatwością zapomniała. Odrzuciła od siebie tak wiele, że to wydawało się wręcz niemożliwe. To, że po wszystkim wciąż na swój sposób istniała…
Nie gniewam się.
Te słowa bolały, na swój sposób będąc karą o wiele gorszą niż ta, którą Angel mogłaby sobie wyobrazić. Nie chciała przebaczenia – nie tak po prostu, zwłaszcza za coś takiego. Otworzyła usta, wciąż gotowa zaprotestować, ale ucisk w gardle skutecznie ją przed tym powstrzymał. Jakby tego było mało, dziewczynka wciąż ufnie się do niej tuliła, bynajmniej nie sprawiając wrażenia kogoś, kto jednak mógłby się zdenerwować. Angel nie czuła w niej nawet śladu żalu czy rozgoryczenia. W spojrzeniu, którym obdarowały ją dziecięce oczy, doszukała się wyłącznie spokoju i ulgi.
Miała wrażenie, że minęła cała wieczność, zanim zdołała się poruszyć. Wciąż tuląc do siebie dziecko, z wolna podniosła się z klęczka. Uścisk, którym przez cały ten czas obdarowywało ją dziecko, przybrał na sile, jakby mała mimo wszystko obawiała się, że Angel znów ją zostawi. Nie zrobiła tego, dla pewności uspokajającym gestem przesuwając dłoniach po plecach dziewczynki, żeby ją uspokoić.
Bez pośpiechu podeszła do łóżka. Nie doczekała się protestu, kiedy ostrożnie układała dziecko w pościeli – przyjemnie miękkiej i świeżej, bez choćby śladu tego, że pokój mógłby wcześniej stać pusty. Uniosła głowę, by spojrzeć na rozciągający się nad materiałem baldachim. W zamyśleniu pogładziła materiał palcami, ale prawie natychmiast całą uwagę znów skupiła na dziecku.
– To koniec, prawda? – usłyszała, ledwo tylko spojrzenia jej i małej znów się spotkały. Dziewczynka tuliła do siebie lalkę, ufnie wpatrując się w Angel. – Wróciłyśmy do domu.
– Wróciłyśmy – potwierdziła z mocą. – Nie zostawię cię więcej.
– Wiem o tym. – Dziewczynka obdarowała ją uśmiechem. – Cały czas wiedziałam.
Ucisk w gardle powrócił, ale tym razem Angel zdecydowała się go zignorować. Na wyrzuty sumienia czas miał przyjść później, o ile w ogóle. Wciąż miała coś do zrobienia, nieważne jak trudne miało się to okazać. Mimo wszystko słuchając pełnego wiary, radosnego głosu dziecka czuła się pewniejsza niż do tej pory.
– Śpij, co? – zaproponowała Angel, wysilając się na to, żeby odwzajemnić uśmiech. – Wyglądasz na zmęczoną… No i ten pokój. – Wyprostowała się, by móc rozejrzeć się dookoła. Pastelowe barwy były znajome i nader kojące. Nie była tu od tak dawna… – Jest stworzony do tego, żeby śnić.
– Zostaniesz tu ze mną? – padło w odpowiedzi. Angel otworzyła usta, ale nie miała okazji, żeby się odezwać. – Proszę. Tylko póki nie zasnę… Przez chwilę.
Jeszcze kiedy mówiła, wyciągnęła rękę, by zacisnąć palce na ciemnych włosach wciąż nachylonej nad nią Angel. Dziewczyna momentalnie rozpoznała ten gest – ten sam, w jaki chwytała jasne loki matki, w dzieciństwie prosząc ją o to samo. Tyle wystarczyło, by na jej policzkach pojawiły się świeże łzy, zwłaszcza gdy spojrzała na wciąż obejmowaną przez dziewczynkę lalkę.
Przesunęła się, by móc usiąść na materacu. Uścisk na włosach zelżał, by mogła się położyć i wziąć dziewczynkę w ramiona. Słyszała jej przyśpieszony oddech; czuła ciepło ciała, które natychmiast dopasowały się do jej objęć, kiedy dziewczynka przesunęła się jeszcze bliżej.
– Zostanę – zapewniła cicho. Jej głos zabrzmiał dziwnie, ledwo słyszalny i to nawet mimo panującej ciszy. – Przez chwilę…
Nie doczekała się odpowiedzi, ale ta była zbędna. Po prostu leżały w ciszy, wtulone w siebie – Angel i dziewczynka, będąca niczym część uszkodzonej duszy. Cześć mnie.
I choć ta myśl wciąż brzmiała na swój sposób absurdalnie, Angel po raz pierwszy od dnia, w którym wylądowała w świecie wiecznego zmierzchu, poczuła się pełna. Nie cała – jeszcze nie – ale to uczucie znaczyło dla niej więcej niż cokolwiek innego.
Zamknęła oczy. Z wolna przysunęła twarz do czoła dziecka, po czym ucałowała je we włosy.
– Śpij dobrze – rzuciła, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że mała już nie była w stanie jej usłyszeć. Spokojnie trwała, pogrążona w spokojnym, głębokim śnie. – Dobrej nocy, Rachel.
Leżała jeszcze przez moment, póki nie nabrała pewności, że dziewczyna w rzeczywistości zasnęła. Miała wielką ochotę zostać z nią na dłużej, ale dobrze wiedziała, że nie mogła pozwolić sobie na odpoczynek. Chciała tego czy nie, wciąż miała sporo do zrobienia.
Ostrożnie wyślizgnęła się z ucisku dziecka. Mała poruszyła się, ale nie otworzyła oczu, co Angel przyjęła z ulgą. Od razu wykorzystała okazję, by w ciszy prześlizgnąć się do drzwi, a potem opuścić pogrążoną w ciszy sypialnię.
Kiedy zamykała drzwi, wciąż się uśmiechała. Nie przestawała nawet wtedy, gdy znalazła się w pogrążonym w półmroku korytarzu – osamotniona i niepewna tego, co miało wydarzyć się później.
– Zabrnęłaś dalej niż sądziłam, że będziesz w stanie.
Uniosła głowę, słysząc te słowa. Bloodwell spokojnie stała przy sąsiednich drzwiach, prowadzących do kolejnego z pokoi. Dłoń trzymała na klamce, ale nie próbowała jej naciskać.
Angel zamknęła oczy. Gdy je otworzyła, w końcu zdecydowała się na to, żeby działać.

14 kwietnia 2020

Rozdział XXVII


Kroczyła leśną ścieżką tak pewnie, jakby robiła to setki razy wcześniej. Dookoła panowała cisza, ale ta już jej nie przerażała. Była wszechobecna i znajoma. Cały ten świat składał się z milczenia i krwawego blasku. 
Negatyw i Bloodwell podążały za nią niczym cienie. Angel nie sądziła, że to możliwe, a jednak kiedy przyszło co do czego, to ona wysunęła się na prowadzenie. A one tak po prostu za nią poszły, bez zbędnych pytań czy protestów. I choć w głowie tłukła jej się nieprzyjemna myśl, że to wyraz rezygnacji z ich strony, z uporem odsuwała ją od siebie. 
Kiedy wraz z Bloodwell wyruszyła na poszukiwania ruin, zdawała się na wiedzę kobiety. Dopiero co godzinami błądziła w lesie, gotowa przysiąc, że wszystkie kierunki wyglądały dokładnie tak samo. Godzinę wcześniej upierałaby się, że nie ma pojęcia, gdzie znajdowało się miasto, o domu Shadowa nie wspominając. 
Teraz wszystko było inne. Do Angel z całą mocą dotarło, że oszukiwała samą siebie. 
Poruszała się pewnie, szybko stawiając kolejne kroki. Nie zastanawiała się, gdzie powinna się udać, stąpając z takim zdecydowaniem, z jakim człowiek mógłby poruszać się nocą po własnym mieszkaniu – bezrefleksyjnie, opierając się wyłącznie na pamięci. Nawet przez moment nie przyszło jej do głowy, że mogłaby zwątpić. 
Drzewa pozostawały nieruchome i jakby bez życia. Już nie miała wrażenia, że sięgają ku niej niczym jakieś upiorne, powykrzywiane dłonie. Trwały w miejscu, ciche i martwe nawet mimo tego, że pewnie trwały wrośnięte w ziemię. Były martwe. Angel czuła to całą sobą, gotowa kłócić się, że tak właśnie było. Gdyby miała je opisać, zrobiłaby to bardzo prosto: puste w środku. Niekompletne naczynia, które nieudolnie udawały, że są czymś więcej. Tyle że nie było nawet wiatru, który igrałby z liśćmi, chociaż sprawiając wrażenie życia. 
Być może ta myśl – ten nienaturalny spokój – powinna ją zaniepokoić, ale nic podobnego nie miało miejsca. Wręcz przeciwnie: Angel przyjęła ją ze spokojem, jakby były czymś naturalnym. W końcu widziała ten świat takim, jaki od początku był. Nic więcej. Bez cienia iluzji i zakrywania oczu, byleby uniknąć zmierzenia się z prawdą. 
Nie miała problemu ze zorientowaniem się, że ktoś nadciąga z naprzeciwka. Przystanęła, gestem nakazując towarzyszącym jej kobietom uczynić to samo. Żadna z nich się nie odezwała, po prostu spoglądając w miejsce, w którym chwilę później pojawiła się drogą postać. 
Angel natychmiast rozpoznała dziewczynkę, którą doprowadziła ją do Bloodwell – tę samą, którą uratowała podczas pierwszej wizyty w mieście. Mała przystanęła, nieśmiało spojrzała na towarzystwo, po czym podeszła bliżej. Jej oczy zabłysły, bynajmniej nie wyglądając jak należące do kogoś onieśmielona obecnością Bloodwell czy Negatywu. 
– Poczułam, że powinnam tu przyjść – oznajmiła, spoglądając wprost na Angel. – Idę z tobą. 
Może powinna zaprotestować. Co jak co, ale wciąganie dziecka w coś, co mogło okazać się niebezpieczne, brzmiało jak czyste szaleństwo. Nikomu nie życzyła spotkania z kimś takim jak Shadow, niezależnie od sytuacji.
A jednak gdy przyszło co do czego, Angel poczuła wyłącznie nieopisaną ulgę. Słynęła na nią wraz z ciepłem, które wywołał sam widok niewinnego uśmiechu dziecka – narastającego gorąca, które z wolna wypełniło ją całą, sięgając aż do serca. Angel bez zastanowienia rozłożyła ramiona, zachęcająco wyciągając je ku dziewczynce. Ten gest wystarczył, by zachęcić dziecko do ruchu. Mała energicznie podbiegła, wpadając wprost w nadstawione ramiona. Angel odsunęła się na kolana, tuląc dziecko do siebie i próbując zapanować nad narastającym w piersi uciskiem. 
Dlaczego nie potrafiłam cię przy sobie zatrzymać? Czemu nie potrafiłam obronić…?
Ciepłe palce musnęły jej policzek i wtedy pojęła, że się popłakała. Spuściła wzrok, po czym zamarła, pogrążona spojrzeniem lśniących, szczerych oczu wolnego ją dziecka. Dziewczynka spoglądała na nią z uśmiechem, raz po raz ocierając płynące po policzkach Angel łzy. 
– Nie płacz, Rachel – poprosiła ze słodkim uśmiechem. – Nigdy mnie nie straciłaś, wiesz? Cały czas tu byłam. 
Ucisk w piersi przybrał na sile – czy to w odpowiedzi na te słowa, czy też imię. „Nie zasłużyłam na to” – cisnęło jej się na usta, ale ostatecznie nie wypowiedziała tych słów na głos. Weź się w garść, nakazała sobie stanowczo, z uporem usuwając od siebie niechciane myśli. Mogła to zrobić – jeśli nie dla samej siebie, to przynajmniej dla dziecka, którego tak bardzo nie chciała zawieść. Nie tym razem. 
W ciszy skinęła głową. Ten gest był niczym cicha obietnica, którą związała przede wszystkim siebie. Nie miała odwagi zadeklarować, że wygra, ale…wciąż mogła walczyć. 
Czasami próby zaznaczyły więcej niż cokolwiek innego. 
Z lekkością wzięła dziecko na ręce, po czym podniosła się z klęczka. Drobne ramiona pewnie objęły ją za szyję – dużo mocniej, niż Angel mogłaby się po dziecku spodziewać. 
– Chodźmy. 
~*~
Dom nie zmienił się nic a nic. Stał pośrodku głuszy, ponury i nienaruszony. Krwisty blask wiecznego zmierzchu igrał z szybami, wydobywając świetlne refleksy. Drzwi były zamknięte, zasłony w sypialni na piętrze pozaciągane – dokładnie tak, jak przed wyjściem zostawiła je Angel. 
Główne wejście nie stawiało najmniejszego oporu. Naciśnięcie klamki wystarczyło, by wszystkie cztery stanęły przed otwartymi drzwiami – przejściem prowadzącym wprost do pogrążonego w półmroku przedpokoju. Z jakiegoś powodu Angel poczuła się tak, jakby spoglądała wprost w gotowe pochłonąć ją usta i ten widok zaniepokoił ją nawet bardziej, niż gdy stała u stóp prowadzących w ziejącą pustkę schodów. 
Dlaczego tutaj przyszłam?
Ale przecież doskonale znała odpowiedź na to pytanie. Sęk w tym, że nagle zwątpiła, czy pomysł naprawdę był aż taki dobry. 
Czekała, ale martwa cisza nie ustępowała. Mimo obaw nie usłyszała ani znajomego, opanowanego głosu, ani nie dostrzegła blasku spotykających z ciemności szmaragdowych oczu. Nic nie czaiło się w cieniu. Shadow nie czekał za rogiem, żeby je dopaść. 
– Dom – usłyszała tuż przy uchu podekscytowany szept wtulonej w nią dziewczynki. 
Angel skinęła głową. Rozluźniła uścisk, pomagając dziecku stanąć o własnych siłach. Miała ochotę chwycić małą za rękę i przez cały czas trzymać przy sobie, ale powstrzymała się, pozwalając dziecku wejść do środka. Dziewczynka nawet się nie zawahała, bynajmniej nie zamierzając tkwić w progu. Ona po prostu wbiegła do hallu, będąc niczym iskra w panujących dookoła ciemnościach. 
Dziecko miało więcej odwagi od niej. A może raczej w grę wchodziła dziecinna naiwność, ale czy to było ważne?
Angel przesunęła dłonią po framudze, jakby chcąc się upewnić, że ta była prawdziwa. Wciąż czekała, choć nie potrafiła stwierdzić na co. Po Shadowie nie było śladu, dom pozostawał nienaruszony. Zupełnie jakby on również czekał na powrót Angel, choć ta myśl wydała się dziewczynie nie do końca właściwa. 
Na Rachel, poprawiła się machinalnie. Czekał na Rachel. 
Konsternacja przybrała na sile. Chcąc odrzuć się od wątpliwości, nim te całkiem przejmą nad nią kontrolę, Angel w pośpiechu przekroczyła próg. Choć nie sądziła, że to w ogóle możliwe, ledwo tylko wkroczyła do przedpokoju, poczuła się tak, jakby z ramion zdjęto jej ogromny ciężar. Nie rozluźniła się do prawda, a wzrokiem wciąż czujnie wodziła dookoła, niczym poszukujące zagrożenia dzikie zwierzę, ale i tak poczuła ulgę – niewielką, ale znaczącą. Nie tego spodziewała się po powrocie do tego miejsca. 
Dom. Wróciliśmy do domu. 
Serce zabiło jej mocniej z prostowania. Odszukała wzrokiem dziecko, przy okazji przekonując się, że dziewczynka zdążyła przejść do salonu. Angel z ulgą odkryła, że również tam nie było nawet śladu bytności Shadowa. Widząc starannie wysprzątane miejsce bez choćby najdrobniejszej oznaki tego, że ktoś korzystał z niego w ostatnim czasie, Angel poczuła się dziwnie nieswojo. Żadnej książki czy chociażby porzuconej filiżanki po herbacie. Nie mogła uwierzyć, że nie tak dawno temu siedziała wraz z Shadowem na kanapie, próbując zmusić się do przełknięcia kolacji. 
Wspomnienie tamtej rozmowy na moment wytrąciło ją z równowagi. Zacisnęła dłonie w pięści, nie prawdy raz czując mrowienie po wewnętrznej stronie nadgarstków.
Dźwięk tłuczonego szkła skutecznie wyrwał ją z zamyślenia. Zamrugała po czym w roztargnieniu spojrzała na zmartwioną dziewczynkę. Dziecko stało przy stoliku, zakrywając usta dłońmi. Przepraszająco spojrzało na Angel, kiedy ta podeszła bliżej, by spojrzeć na resztki tego, co chwilę wcześniej musiało być miską z owocami. Tyle wywnioskowała po walającym się po dywanie jabłku i odłamkach szkła. 
– Ojej, nie chciałam. Przepraszam. 
– Nic się nie stało. – Angel pospiesznie przyklękła, nie chcąc ryzykować, że to dziewczynka pierwsza rzuci się do sprzątania. Ostrożnie zaczęła układać kawałki miski na jeden stos. – Nie podchodź, bo się pokaleczysz. Ja się tym zajmę. 
Dziecko usłuchało, dodatkowo – Angel była tego pewna – zadziwione pewnością, z jaką zostało wypowiedziane to krótkie polecenie. Oczy dziewczynki znów sam zabłysły, zdradzając podekscytowanie. To była zaledwie chwila, ale i tak coś w pewności, która towarzyszyła Angel przy podejmowaniu nawet tak prostej decyzji, sprawiło, że dziewczyna poczuła się lepiej. Choć przez moment czuła się tak, jakby miała kontrolę. I to wydawało się właściwe. 
Zdążyła zebrać kilka kolejnych odłamków, nim znów doszedł ją głos dziewczynki. 
– Ten dom jest taki pusty…
– To prawda – przyznała niechętnie. Więc dlaczego nie przeszkadzało mi to wcześniej? – Ale tu obok jest biblioteka. 
– Jak można czytać przy zasłoniętych oknach?
Uniosła głowę tylko na chwilę, akurat w momencie, w którym dziewczynka spróbowała przesunąć jeden z foteli, by dostać się do okna. Wdrapała się na siedzisko, po czym zaczęła walczyć z ciężką, odbijającą dopływ światła kotarą. 
– Czekaj. Zaraz ci…
Angel zaklęła, czując ostry ból w dłoni. Odłamki posypały się z powrotem na podłogę, kiedy potrąciła stosik, upuszczając kawałek, o który się skaleczyła. Na linii rozcięcia – cienkiej, naruszającej wrażliwą przestrzeń między kciukiem a palcem wskazującym – natychmiast pojawiła się krew. Początkowo pojedyncze krople szybko napęczniały, łącząc się ze sobą i znacząc się. Wystarczyła chwila, by rana zaczęła obficie krwawić. 
– Zostaw to. I masz, doprowadź się do porządku – zarządziła Bloodwell, nagle materializując się tuż obok. Zamaszystym ruchem podała Angel elegancką, białą chusteczkę. – Szybciej, zanim się rozmyślę. 
– Ale…
Bloodwell nie pozwoliła jej dokończyć. Bezceremonialnie przykucnęła na dywanie – wyniosła, piękna, w tej swojej rozłożystej sukni. Wydawała się całkowicie ignorować fakt, że tuż obok walały się odłamki szkła, a tym bardziej to, że dotychczas nieskazitelny materiał chusteczki natychmiast nasiąknął krwią, gdy zmusiła Angel do owinięcia rany. 
– Idź, przeżyjemy bez ciebie pięć minut. 
Nawet nie próbowała odmawiać. Ta kobieta wciąż była kimś, komu nie mówiło się „nie”. Angel wciąż nie dowierzała, że w ogóle udało jej się nakłonić ją, by gdziekolwiek z nią poszła. Ba! Że ta w ogóle pokładała w niej jakąkolwiek nadzieję. 
Co ja tu w ogóle robię?
Uciekła wzrokiem gdzieś w bok, nie chcąc, żeby ktokolwiek zauważył, że wciąż się wahała. Przyszły tu z nią. Wierzyły, że miała choćby szczątkowy plan, choć – Angel mogła się o to założyć – jednocześnie podejrzewały, że to nie do końca prawda. Przynajmniej tyle, ale i tak nie chciała ich zawieść. Pragnęła być silna i zdecydowana, tak jak Bloodwell. 
Podniosła się, przyciskając materiał do rany. Krew zdążyła przesiąknąć przez chusteczkę. 
– Zaraz wrócę. 
Odpowiedziało jej zdawkowe skinięcie głową. Nim opuściła salon, zauważyła jeszcze plecy zwróconej do niej tyłem Bloodwell, kiedy ta postanowiła wspomóc wciąż balansującą na fotelu dziewczynkę. Kiedy zasłona zniknęła, pokój zalało krwiste światło zmierzchu, ale to nie wydawało się Angel tak przygnębiające jak wcześniej. Słyszała głosu, dziecięcy śmiech i choć przez moment miała wrażenie, że dotychczas ponury dom tętnił życiem. 
Nie żeby to cokolwiek rozwiązywało. Wręcz przeciwnie, bo wspinając się po stromych schodach do Angel z całą mocą dotarło, że nie miała pojęcia co dalej. Coś przywiodło ją do tego domu – i to pomimo tego, że dopiero co próbowała się z niego wydostać. Teraz nie była sama, ale czy to o czymś świadczyło? Sprowadziła je tu, ale co dalej? Miały toczyć się w salonie i czekać na powrót Shadowa? Mogły, ale co później? Angel tak naprawdę nie wiedziała niczego. 
Poniekąd chciała konfrontacji. Nie przyznała tego przed samą sobą wcześniej, ale od początku chodziło właśnie o to. Skoro nie chciała uciekać, musiała spróbować zmierzyć się z tym, kto od początku ją okłamywał. Prędzej czy później musiało do tego dojść. Utknęła w tym świecie – martwym i zmierzającym do ostatecznego końca. Co innego pozostało jej w tym wypadku? Im wszystkim?
Ale wcale nie była pewna, czy to faktycznie takie proste. Brak perspektyw było przerażający. Miała wrażenie, że dostała do martwego punktu – wprost do granicy, za którą nie czekało już nic. Zupełnie jakby od zwykłego przypadku zależało, kiedy wszystko spotka swój koniec. 
Nie miała pojęcia, co będzie później. Nie chciała tego wiedzieć. 
Przeszła przez opustoszały korytarz, minęła swój dotychczasowy pokój, a potem w końcu dotarła do małej łazienki. Otworzyła drzwi łokciem, wolną ręką dociskając chusteczkę do rany. Serce na moment podeszło jej aż do gardła, kiedy z niepokojem spojrzała w głąb pomieszczenia. Cofnęła się o krok, przez ułamek sekundy gotowa przysiąc, że dostrzegła blask szmaragdowych tęczówek, ale prawie natychmiast wrażenie ustąpiło. Była sama. Wyłączenie umęczony umysł płatał jej figle. 
Z wolna wypuściła powietrze. Dodała do umywalki, po czym obmyła rozcięcie pod bieżącą wodą, niezrażona tym, że ta natychmiast zabarwiła się na różowo. Rozcieńczona krew zniknęła w odpływie, ale Angel nie ruszyła się z miejsca nawet wtedy, gdy rana przestała broczyć, a kolor wody wrócił do normy. Tkwiła w bezruchu, bezmyślnie spoglądając w przestrzeń tak długo, aż obraz zaczął rozmazywać jej się przed oczami.
Kiedy zamrugała, coś się zmieniło. Bardziej wyczuła niż zauważyła, że nie jest sama. Wyraźnie wyczuła ruch za plecami, a chwilę później ktoś ostrożnie otworzył drzwi.
Niewiele brakowało, by serce Angel wyskoczyło z piersi ze zdenerwowania.
– Wróciłaś.
Tym razem wyobraźnia nie wchodziła w grę. Shadow tkwił w przejściu, milczący i zdystansowany. Ograniczył się wyłącznie do tego jednego, jedynego słowa, na dodatek wypowiedzianego w sposób, który nie zdradzał żadnych emocji. Po prostu stwierdzenie faktów. Krótkie, spokojne podsumowanie tego, co przecież było oczywiste.
Nerwowo zacisnęła palce na umywalce, ignorując ból w dłoni i fakt, że rana znów zaczęła krwawić. Choć podświadomie wyczekiwała tego spotkania od chwili, w której przekroczyła próg domu, kiedy przyszło co do czego odkryła, że w głowie ma pustkę.
Nie miała pewności, czego tak naprawdę się po nim spodziewała. Nie wiedziała tego już nawet wtedy, gdy wymykała się z domu, planując odnalezienie Bloodwell. Czuła się jak we śnie, czekając na coś, o czym wiedziała, że nadejdzie, choć nie potrafiła tego sprecyzować. Trwała w napięciu, znów czując się jak zapędzone w kozi róg zwierzę, mogące co najwyżej liczyć na to, że kiedy drapieżca w końcu zaatakuje, nie będzie długo zwlekał z zadaniem ostatecznego ciosu.
Shadow przypominał doskonałego łowcę. Bezszelestny, opanowany i nieprzewidywalny. Nie poruszył się nawet o milimetr, wciąż tkwiąc w progu z założonymi na piersi ramionami. Stał i obserwował, ani na moment nie odrywając od Angel przenikliwego spojrzenia szmaragdowych oczu.
Przez moment poczuła się tak, jakby znów tkwiła we wspomnieniu ukazanym przez Negatyw. Znów mała łazienka, płynąca woda i… on tuż za jej plecami. Co prawda tym razem nie szeptał, nie odejmował jej, a tym bardziej nie dotykał, ale to niewiele zmieniało. Ciało dziewczyny wydawało się wiedzieć swoje, napięte do tego stopnia, że doświadczenie okazało się wręcz bolesne. Zaciśnięte mięśnie zaczynały protestować, ale nawet wtedy nie była w stanie się rozluźnić.
Miała wrażenie, że minęła cała wieczność, nim którekolwiek z nich zdecydowało się przerwać impas. Wyczuła, że zaskoczyła go, gdy okazało się, że pierwszy ruch będzie jednak należał do niej.
Poluzowała uścisk. Samo to kosztowało ją mnóstwo wysiłku, ale zmusiła się do zignorowania obecności ostatniej osoby, którą tak naprawdę chciała spotkać. Skupiona na każdym kolejnym ruchu, starając się ignorować spojrzenie szmaragdowych oczu, bez pośpiechu zakręciła wodę. Rana na dłoni wciąż krwawiła, ale już nie tak obficie jak wcześniej, dzięki czemu Angel udało się zatamować krew chusteczką.
– W szufladzie znajdziesz plastry – wtrącił cicho Shadow.
W pierwszym odruchu chciała go zignorować. Ostatecznie tego nie zrobiła, jak gdyby nigdy nic sięgając do stojącego tuż obok umywalki słupka. Wysunęła szufladę i wyjęła z niej plastry, bynajmniej niezaskoczona tym, że Shadow jej nie oszukał. Chyba tego się spodziewała. Ktoś, kto z taką wprawą mącił w cudzych umysłach, równie często kłamał, co i mówił prawdę. To był jeden z tych momentów, w których to drugie wydawało się właściwsze.
Wciąż ją obserwował, kiedy zaczęła walczyć z opakowaniem, próbując dostać się do opatrunków.
– Mógłbym…
Tym razem nie powstrzymała się od wzdrygnięcia.
– Obejdzie się – wycedziła przez zaciśnięte zęby.
Usłuchał, ale to jej nie uspokoiło. Nie miała pojęcia, co myślał, zresztą bardziej oszołomiło ją brzmienie własnego głosu. Wydawał się obcy – bardziej szorstki i pozornie zdecydowany, choć nie w taki sposób, w jaki zdarzało się wypowiadać Bloodwell. Angel była aż nazbyt świadoma, co zakłócało sposób jej wypowiedzi, jednocześnie sprawiając, że pod każdym względem różniła się od lodowatej piękności, która wraz z dzieckiem i Negatywem została w salonie.
Strach.
Zacisnęła usta. Próbowała nad sobą zapanować, ale nie mogła pozbyć się wrażenia, że Shadow i tak doskonale wiedział, co działo się w jej wnętrzu. Znał ją doskonale, co zresztą na każdym kroku dawał jej do zrozumienia. Wciąż pozostawała jego Angel – na tyle uzależnioną od jego nastrojów, że odważył się nadać jej imię. Tak przynajmniej było do tej pory, zanim zdecydowała się to zmienić.
Nadchodziły zmiany. Pragnęła wierzyć, że była dość silna.
Zaciskając zęby, zmusiła się do skupienia na opatrunku. W pośpiechu wypakowała plastry i nieco niezgrabnie zakleiła ranę, posługując się tylko jedną ręką. Wiedziała, że gdyby pozwoliła mu pomóc, opatrunek wyglądałby dużo zgrabniej, ale nie dbała o to. Wręcz przeciwnie – kiedy spojrzała na swoje niedoskonałe dzieło, poczuła swego rodzaju satysfakcję. Zwykły drobiazg, ale zrobiła to sama – tak jak i sama zmusiła się do wyjścia z tego domu, a potem przebrnęła całą drogę do miasta pomimo tego, że chciała się poddać.
Zbyt długo tkwiła w zamknięciu, biernie pozwalając Shadowowi decydować o sobie. Sądziła, że go potrzebowała, ale to przecież nie było tak.
Nie mogła pozwolić sobie na to, żeby znów uwierzyć, że bez niego nie miała szansy przetrwać.
Poruszając się trochę jak w transie, w końcu zdecydowała się na ostatnią rzecz, o którą siebie podejrzewała. Zachowując w pełni neutralny wyraz twarzy, ostrożnie odwróciła się i bez cienia wcześniejszych wątpliwości spojrzała wprost w te niepokojące, intensywnie zielone oczy – te same, które napawały ją lękiem.
Tyle że już nie czuła strachu. Odsunęła go na bok, stanowczo nakazując sobie trzymać gardę.
Była tutaj. Gdyby po tym wszystkim przyznała, że wciąż jest słaba, cały ten wysiłek poszedłby na marne.
Wyraz twarzy Shadowa nie zmienił się nawet na moment. Wciąż stał w tym samym miejscu, bynajmniej nie rozeźlony czy jakkolwiek zaniepokojony.
– Dobrze cię widzieć – stwierdził jak gdyby nigdy nic. – Zmartwiłem się, kiedy zniknęłaś, Angel.
Puściła jego słowa mimo uszu. To, że znów zwrócił się do niej tym imieniem, również.
– Wróciłam… Wróciłyśmy – poprawiła się pośpiesznie – do domu. Do mojego domu – dodała z naciskiem, w końcu ruszając się z miejsca. – I wiesz co? Sądzę, że nie chcę cię tutaj więcej widzieć.
Wraz z tymi słowami przecisnęła się tuż obok Shadowa i nie czekając na reakcję, wyszła na korytarz.